Rozważania Kapelanów

 

2013-01-06 – Mt 2, 1-12 – O Kolonii, dwóch Królowych i jednym Królu

Było prawie jak w Autobiografii Perfectu. Było nas trzech, niczym biblijnych królów, a właściwie troje, w każdym z nas inna krew (co oczywiste), ale jeden (choć potrójny) przyświecał nam cel: dotrzeć do Kolonii, wziąć udział w Światowych Dniach Młodzieży, spotkać się z Benedyktem XVI.
 
Po dotarciu na miejsce okazało się, że wcale nie jest tak różowo jak pierwotnie zakładaliśmy. Potencjalny nocleg i wszelkie pozostałe udogodnienie, które nie wypaliły znajdowały się nie na obrzeżach Kolonii a pod holenderską granicą. Planu awaryjnego nie było. Nikt się przecież nie spodziewał, że sprawy przyjmą aż tak niekorzystny obrót. Po spontanicznej burzy mózgów doszliśmy do wniosku, iż pozostają nam trzy wyjścia. Pierwsze. Wracać – w miarę wolnych miejsc w autokarze – najszybciej jak się da do Polski. Drugie. Wykupić u organizatorów Światowych Dniach Młodzieży kosztujący krocie jak na nasze ówczesne możliwości oficjalny pakiet pielgrzyma i związane z nim korzyści. Trzecie. Spędzić najbliższych kilka dnia oczekując planowanego terminu odjazdu pod kolońskim niebem delektując się przy tym zawartością naszej przenośnej lodówki. Jak się łatwo domyśleć każde z powyższych rozwiązań obciążone było pewnym dyskomfortem. Gdy umęczeni wędrowaniem po zamykanych i otwieranych dla ruchu pieszych nadreńskich mostach przysiedliśmy na murku oczekując wytchnienia i natchnienia objawiła się nam Pierwsza Królowa. Okazało się, iż znajoma znajomej mieszka w pobliżu i wraz z rodziną gotowa jest przyjąć nas na te kilka dni. Czas spędzony w ich domu podzieliliśmy uczciwie na oglądanie papieskich transmisji w telewizji i zwiedzanie okolicy. Wszystko, co piękne ma niestety swój koniec. Uzbrojeni w całodobowe bilety kolejowe wyruszyliśmy na czuwanie z Ojcem Świętych na podkolońskim Marienfeld. Zaś po jego zakończeniu – póki bilety nie straciły swej ważności – jeździliśmy pociągiem. Poranek zastał nas na dworcu. Służby dworcowe dosyć niechętnie patrzyły na tłumy młodych ludzi chcących się zdrzemnąć w poczekalni, przeto po porannej mszy w kolońskiej katedrze i nawiedzeniu znajdujących się w niej relikwii Trzech Królów zajęliśmy strategiczne miejsce na przykatedralnej ławce. Opuściliśmy ją jedynie na chwilę, by pomachać wracającemu do rezydencji Benedyktowi XVI. Po powrocie objawił nam się Drugi z Królów, który notabene króla wcale nie przypominał. Podszedł do nas bowiem bezdomny i zaproponował pomoc. Wskazał miejsce, gdzie nieodpłatnie można było napić się czegoś ciepłego, skorzystać z toalety, obejrzeć telewizję, która tego dnia informowała akurat o tragicznej śmierci brata Rogera z Taize. Na odchodnym wręczył nam po obrazku z Matką Teresą z Kalkuty. Trzecią Królową poznałem w czasie prac przy festiwalu Gaude Fest. Ponownie spotkałem ją po kilkuletniej przerwie na katowickim dworcu autobusowym. W czasie studenckich wakacji pracowała jako pilot u jednego z autokarowych przewoźników. Podróż spod kolońskiej katedry do dworca przerwały jedynie kupiona za ostatnie grosze kawa i głośne graniczące z cudem marzenie, że naszą powrotną podróż będzie obsługiwać właśnie ona, że znajdzie nam dobre miejsce i że w przyzwoitych warunkach po całym tym maratonie dotrzemy do domu. A tu proszę! Mówisz! Masz. Na schodach autobusu powitał nas znajomy uśmiech. Delikatny gest ręki zaprosił nas na tylną kanapę. Głos silnika ukołysał nas do snu.                   
 
Było prawie jak w Autobiografii Perfectu. Było ich troje (dwie Królowe i jeden Król), w każdym z nich inna krew (co oczywiste), ale jeden – choć się nie umawiali – przyświecał im cel. Nie ofiarowali nam złota, kadzidła i mirry. Ofiarowali nam coś o wiele bardziej cennego. Co a właściwie kogo? Wszelkie komentarze wydają się być w tym miejscu zbyteczne. Amen.
 
tekst: ks. Michał Palowski KM
foto: www.koelner-dom.de
 
 
 
2012-12-25 – O panamarkowej rachubie czasu na Boże Narodzenie

 

 

Pan Marek. Pan Marek jest wschodzącą gwiazdą sektora bankowego i fundrisingu. Ponadto jest autorem niebanalnych powiedzeń, które mają szansę zawojować świat. Wnosi tym samym wkład w rozwój języka. Pan Marek nowy dzień wita mówiąc: „dobranoc”. Wyraża tym samym wdzięczność, że noc była dobra. Że jej nie zarwał pracując. Że nie pracując się wyspał. Że śpiąc nie śniły mu się żadne koszmary.  

Boże Narodzenie zasługuje na panamarkowe „dobranoc”. Bo miniona noc zaiste była dobra. No może nie dla wszystkich. Świętej Rodzinie przyszło szukać lokum na narodziny pierworodnego. Pasterze wyrwani ze snu musieli odbyć drogę od swych trzód do betlejemskiej groty. Zwierzyna też pewnie się dziwiła – na ile to możliwe rzecz jasna – niezwykłym zjawiskom, których świadkiem przyszło je być. Byli tacy, co niczym aniołowie noc spędzili na służbie czy dyżurze. Nie spali, by spać mógł ktoś. Jednak pomimo powyższych przypadków w globalnym rozrachunku – i to nie przesada – noc była dobra. Bóg stał się człowiekiem. Wcielił się. Narodził. 

Powróćmy do Pana Marka. Pan Marek. Pan Marek jest wschodzącą gwiazdą sektora bankowego i fundrisingu. Ponadto jest autorem niebanalnych powiedzeń, które mają szansę zawojować świat. Wnosi tym samym wkład w rozwój języka. Pan Marek dzień żegna mówiąc: „dzień dobry”. Wyraża tym samym wdzięczność, że dzień był dobry. Że przyniósł to, czego oczekiwał. Że minął bez komplikacji.

Boże narodzenie i każdy następującym po nim dzień dwóch tysięcy dwunastu lat zasługują, by kończyć panamarkowym „dzień dobry”. Odtąd bowiem nikt i nic nie będzie już takie samo. Bóg dotrzymując słowa – uczynił namacalną nadzieję, którą od czasów Adama i Ewy żyła ludzkość. Wcielając się stał się Emmanulem – Bogiem bliskim – Bogiem z nami. Rodząc się z Maryi Dziewicy zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem. Ludzkimi rękami pracował, ludzkim myślał umysłem, ludzką działał wolą, ludzkim sercem kochał (RH 8). Naszą codzienność – 24 godziny – siedem dni w tygodniu – rok w rok – naznaczył swoją obecnością.  

W ogólnym rozrachunku nie jest ważne, czy witasz wschodzące słońce mówiąc: „dzień dobry” czy „dobranoc”. Podobnie ważnym nie jest, czy o zachodzie słońca mówisz: „dobranoc” czy „dzień dobry”. To tylko pewna językowa i obyczajowa konwencja. Ważne, by pamiętać o: „dziękuję” powiedzianym Bogu, który pewnej dobrej nocy, stając się człowiekiem zgotował nam dobry dzień.

 

 

 

tekst i zdjęcie: ks. Michał Palowski KM

 

 



 

 

 

 

2012-11-11 – Mk 12, 38-44 – O wdowie choć nie tak do końca o niej
A zatem powinno być o wdowie i wdowieństwie. Tego domaga się dzisiejsza wdowia Liturgia Słowa serwując nam urywek z Pierwszej Księgi Królewskiej i Ewangelii według św. Marka. A zatem powinno być o wdowie, czyli kobiecie, której mąż zmarł i która – jak na szanującą się wdowę przystało – wszelkimi dostępnymi żyjącym sposobami zabiega dla niego o niebo.
 
Jest rok 1973. Na ekrany kin wchodzą Wniebowzięci Andrzeja Kondratiuka. Arkaszka Kozłowski (Zdzisław Maklakiewicz) i Lutek Narożniak (Jan Himilsbach) trafiają w totka pokaźną sumę pieniędzy. Nabywszy za nią bilety ruszają pokładzie lotowskiego Iła-18 w podróż życia, która wiedzie ich z Warszawy do Gdańska. Na plaży przed sopockim Grand Hotelem Arkaszka Kozłowski wypowiada sakramentalne: Człowiek musi sobie czasem polatać.
 
We współczesnym lotnictwie cywilnym istnieją dwa podstawowe modele przewozu pasażerów: model hubowy zwany też hub and spoke (model osi, od której odchodzą szprychy) oraz model od punktu do punktu – point to point. Hub to nic innego jak centrum. W lotnictwie takim centrum jest port lotniczy, do którego przylatuje lub z którego odlatuje największa liczba samolotów danego przewoźnika.
 
Święty Paweł powiada i rację ma, że nasza ojczyzna jest w niebie, stamtąd też jako Zbawcy wyczekujemy Pana naszego Jezusa Chrystusa, który przekształci nasze ciało poniżone, na podobne do swego chwalebnego ciała, tą potęgą, jaką może On także wszystko, co jest, sobie podporządkować. (Flp 3,20-21). Trzymając się więc lotniczej stylistyki, rzec można, iż ziemia i życie na niej są naszym portem przesiadkowym (hubem właśnie) na drodze do niebiańskiej destynacji, zaś wśród kart pokładowych pozwalających pokonać ten ostatni odcinek podróży, na szczególną uwagę zasługuje dziś patriotyzm. Wszak jeśli droga otwarta, komu do nieba. Tym, co służą ojczyźnie (Jan Kochanowski, Pieśń VII O Cnocie).
 
Wracając do naszej wdowy. Z taką samą pieczołowitością z jaką ona stara się o niebo dla zmarłego męża, patriota praktykuje miłość ojczyzny i zabiega o to, co jej. Używanie terminów z najwyżej półki grozi wpadnięciem w sidła, które na nieroztropnych mówców zastawia patos. Świadomi tego ograniczmy się więc do stwierdzenia, że patriotyzm to miłość ojczyzny i tego, co jej. Patriae amor nader szeroko, pojmowana. Praktykowana pod biało-czerwoną i orłem w koronie. Realizowana w rytm Mazurka Dąbrowskiego. Rozciągająca się od znaczonych krwią bitewnych pól, po codzienne zmagania z samym sobą i rzeczywistością. W każdej ze swych odsłon ważna. Amen.
 
tekst: ks. Michał Palowski KM
foto: www.sp.mil.pl
 

 

 

 

2012-11-01 – Mt 5, 1-12a – Na dzień Matki

 

 

Jakiś czas temu powiedziałem, że coraz lepiej rozumiem, co miał na myśli autor powiedzenia, że bliska ciału koszula. Na poparcie tego powiedziałem wówczas, że od kilku lat wszystko lub prawie wszystko kojarzy mi się z pracą w Sądzie. Powiedziałem i zdania zmieniać nie zamierzać. To po pierwsze. Po wtóre jakoś podskórnie czułem, że przypadnie mi Słowo na dzisiejszą uroczystość. Czułem i stało się. Mając powyższe na uwadze inspirację znalazłem na półce, gdzie pośród kodeksów, instrukcji, komentarzy i podręczników „mieszka sobie” Instrukcja Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych o prowadzeniu dochodzenia diecezjalnego lub eparchialnego w sprawach kanonizacyjnych.
 
Podług starej tradycji, najważniejsze dokumenty Kościoła biorą swój tytuł od rozpoczynających je w łacińskim oryginale słów. Jako, że pierwsze zdanie rzeczonej instrukcji brzmi: Kościół, Matka Świętych, zawsze strzegł ich pamięci, ukazując wiernym ich przykład świętości w naśladowaniu Chrystusa, przeto jej tytuł, a zarazem nasz dzisiejszy punkt wyjścia to Sanctorum Mater – Matka Świętych. Jak to zwykle bywa punkt wyjścia staje się początkiem litanii skojarzeń. Po kolei zatem. Kościół, jak na matkę przystało, rodzi. W sakramencie chrztu daje świętym nowe życie z wody i Ducha Świętego. Ponadto Kościół-Matka karmi świętych. Zastawia dla nich dwa stoły, na których podaje im, co ma najlepszego. Boże Słowo i Ciało. Wreszcie Kościół-Matka świętych wychowuje. Wprowadza do życia i przez życie prowadzi. Młodszych naucza religii. Starszym głosi homilie. Jednym i drugim daje sposobność rozwoju i wzrostu w ruchach i stowarzyszeniach.
 
Jakiś czas temu trafiła mi się okazja, by podwieźć koleżankę, jej mamę i jeszcze jedną osobę. Podczas wsiadania do samochodu wywiązała się krótka dyskusja tycząca się tego, kto, z kim i gdzie siada. Szybko zakończyła ją rzeczona koleżanka, która zajmując miejsce przy mamie stwierdziła z właściwą sobie swadą: moja mama jest moja. Sakramenty chrztu i eucharystii, Słowo Boże oraz formacja nie są reglamentowanymi dobrami zastrzeżonymi dla wąskiego grona nielicznych. Dostępne są dla wszystkich bez wyjątku. Dla wszystkich, którzy w Kościele odnajdują swoją matkę. Podobnie rzecz ma się ze świętością. I tą odświętną, wyniesioną na niebiańskie ołtarze, i tą codzienną twardo stąpającą po ziemi. Które pisane są sobie jak początek i koniec. Które właściwe są sobie jak przyczyna i skutek. Dla których powyższa triada – sakramenty, Słowo, formacja – staje się spajająca je drogą.
 
Kościół, Matka Świętych, zawsze strzegł ich pamięci, ukazując wiernym ich przykład świętości w naśladowaniu Chrystusa. Dzisiejszy dzień można odczytywać na wiele sposobów. Jednym z nich jest dzień Matki. Jeśli czujesz się Jej dzieckiem, zrób jej prezent. Dołącz do poprzedników. Zadbaj o swoją świętość.
 
tekst: ks. Michał Palowski KM
fot.T. Stęclik

 

 

2012-10-14 – Mk 10, 17-30 – O ubóstwie na bogato

 

Czemuś biedny? Boś głupi. Czemuś głupi? Boś biedny. Ktoś dopatrzy się w tym układu sprzężenia zwrotnego, gdzie sygnał wyjścia wchodzi na wejście dając impuls do działania. Ktoś inny – błędnego koła. Dla nas ten bon mott stanie się punktem wyjścia dzisiejszych okołobiblijnych rozważań.

Ubóstwo, jak tego dowodzą formuły wymieniające obok siebie ubogich, wdowy i sieroty spotykanie w piśmiennictwie Bliskiego Wschodu w ogóle, a zwłaszcza w Biblii hebrajskiej, było stanem niepożądanym, a nie ascetycznym ćwiczeniem, praktykowanym dla wyższych celów. Obowiązek ochrony i szczególnej opieki nad ekonomicznie pokrzywdzonymi członkami społeczeństwa spoczywał na królach, którzy okazywali swą władzę, gdy przychodzili z pomocą potrzebującym. W Izraelu w czasach przed monarchią obowiązek ten spoczywał na całym ludzie. W najwcześniejszych prawach nakazuje się zapewnienie ubogim sprawiedliwości w sądzie, pożywienia, jakie mogło im zapewnić pozostawianie w czasie żniw części plonów na polu, jakie wydawały pola pozostawione odłogiem w roku szabatowym, pożyczanie im pieniędzy bez procentów. O obowiązkach tych przypominali prorocy. Również w Nowym Testamencie ubóstwo, szczególnie, jeśli dobrowolnie przyjęte, nie jest ideałem, ale stanem obranym czasowo ze względu na wyższy cel. Idea naśladowania ubogiego Chrystusa stała się później powszechnym ideałem w chrześcijaństwie monastycznym, w którym praktykowano ubóstwo nie tylko ani nawet nie przede wszystkim dla dobra innych, ale jako jeden ze środków uwolnienia się od dóbr materialnych i osiągnięcia dzięki temu wyższego duchowego stanu zjednoczenia z Jezusem (Słownik wiedzy biblijnej).  

Wedle rozumienia prawodawcy kościelnego ewangeliczna rada ubóstwa do naśladowania Chrystusa, który będąc bogaty stał się dla nas cierpiącym niedostatek, prócz życia w rzeczywistości i w duchu ubogiego, prowadzonego pracowicie w trzeźwości i dalekiego od ziemskich bogactw, niesie ze sobą zależność i ograniczenie w używaniu dóbr i dysponowaniu nimi, zgodnie z własnym prawem poszczególnych instytutów (kan. 600, KPK 1983). Przedmiotem, czyli materią ślubu ubóstwa są dobra doczesne, a mianowicie: albo niezależne ich używanie, użytkowanie i rozporządzanie nimi albo też sama ich własność. Nie są materią ślubu ubóstwa dobra duchowe, np. sława czy honor. Dobrowolne ubóstwo obrane dla naśladowania Chrystusa posiada wielkie znaczenie dla osobistej ascezy. Dzięki niemu uczestniczy się w ubóstwie  Chrystusa, który będąc bogatym, dla nas stał się ubogim, aby nas ubóstwem swoim ubogacić (2 Kor 8,9). Jest ono również znakiem naśladowania Chrystusa, nieustannym znakiem miłości Bożej. Świadectwo to będzie o tyle zrozumiałe, o ile będzie się przejawiać na zewnątrz w sposobie życia (o. Joachim Roman Bar OFMConv, Poradnik kanoniczego prawa zakonnego).
 
Ubogi wedle Słownika etymologicznego języka polskiego to cierpiący niedostatek, niebogaty, biedny; taki, który został odsunięty od swojego udziału; który nie ma udziału w czymś; który nic nie otrzymał. Stąd ubóstwo to brak dóbr materialnych, niedostatek, bieda, nędza. Intuicja ze zdrowym rozsądkiem pospołu podpowiadają, że ubogi choć pozornie nie ma nic, ma wszystko, bowiem z wyboru – z wiary – zaufania – troskę o swoje dziś i jutro ceduje na Wszechmocnego i u Niego – u Boga ma wszystko. Wobec powyższego w ten sposób pojmowane ubóstwo dowodzi nie głupoty, lecz mądrości. Amen.
 
tekst: ks. Michał Palowski KM
zdjęcie: Internet
 
2012-09-23 – Mk 9, 30-37 – O wartości wartości
Zaczniemy dziś bajkowo. Dawno, dawno temu, gdy chodziłem do szkoły średniej. Nie za górami, ale za lasami, bo w Tychach. Odbywała się co roku jesienną porą Tyska sałatka muzyczna, czyli gościnna scena Browarnika otwarta dla młodych i nie tylko, co amatorsko lub zawodowo śpiewają czy muzykują. Repertuar parafrazując tytuł współczesnej imprezy muzycznej był szeroki, rozciągał się bowiem od Beatlesów do Bacha.
 
Mówię o tym nie bez kozery, bo dzisiejszy zestaw czytań mszalnych czy też związanych z nimi skojarzeń to wypisz wymaluj sałatka. Po kolei zatem. Pierwsze czytanie z Księgi Mądrości traktuje o sprawiedliwym i przypisanej mu sprawiedliwości, której konsekwencją ma stać się Boża interwencja w godzinie zasadzki. Drugie – o niepokojach, których źródłem jest nieład wewnętrzny oraz o będącej nań antidotum, zstępującej z góry mądrości. Ewangelia opowiada o pokorze oraz o przeciwnej jej pysze, jak również o prowadzącej na czoło służbie ostatniego. Próbując rzecz całą podsumować rzec można, iż autorzy biblijni serwują nam dziś skomponowaną z wartości sałatkę.
 
I tu zaczyna się pewien problem. Przyszło nam żyć w czasach, w których termin wartość przywodzi na myśl przede wszystkim ekonomiczne ewentualnie matematyczne skojarzenia. Kto nie wierzy, niech wpisze do wyszukiwarki internetowej hasło wartość. Sieć usłużnie podpowiada: wartość bezwzględna, wartość dodana, wartość rynkowa samochodu.
A przecież wartość to nie tylko wspomniany wyżej miernik, to również jeden ze sposobów opisania człowieka. Próba wyrażenia nie tego, ile jest wart, bo to nie podlega ocenie, ale powiedzenia kim jest; opisania reprezentowanego przezeń światopoglądu; zdefiniowania właściwych mu przymiotów, wskazania zasad, którymi kieruje się w życiu, nazwanie po imieniu walorów, wykazanie zalet.
 
Wartość po Bożemu to cnota. Ta zaś jak chce Katechizm jest habitualną i trwałą dyspozycją do czynienia dobra. Teologia dzieli cnoty na ludzkie i teologalne. Te pierwsze są habitulanymi i stałymi zaletami umysłu i woli, które regulują nasze czyny, porządkują nasze uczucia i kierują naszym postępowaniem zgodnie z rozumem i wiarą. Nabyte i wzmacniane przez świadome czyny i wytrwale podejmowane wysiłki są oczyszczane i podnoszone przez łaskę Bożą.  Te drugie to cnoty, których początkiem i motywem przewodnim jest sam Bóg. Wszczepione wraz z łaską uświęcającą, uzdalniają do życia w obcowaniu z Trójcą Świętą oraz kształtują i ożywiają cnoty moralne. Stanowią one rękojmię obecności i działania Ducha Świętego we władzach człowieka. Główne cnoty ludzkie, nazywane są kardynalnymi. To wokół nich grupują się wszystkie inne, które stanowią podstawę dla cnotliwego życia. Zalicza się do nich, roztropność, umiarkowanie, sprawiedliwość, męstwo. Cnotami teologalnymi są wiara, nadzieja, miłość.
 
Cnót wszelkich bezdenną głębiną litania nazywa Najświętsze Serca Pana Jezusa. Biblijnym uosobieniem cnotliwości jest Zuzanna ze starotestamentalnej Księgi Daniela. Liturgia niemalże codziennie wskazuje na tych, którzy za życia postępując cnotliwie po śmierci zaliczeni zostali w poczet świętych i błogosławionych. W świetle powyższego wydawać się może, że życie cnotliwe jest przywilejem nielicznych. Nic bardziej mylnego. To nie przywilej wybranych, a prawo – by nie rzec – obowiązek wszystkich. Amen.
 
Tekst i zdjęcie: ks. Michał Palowski KM

 

 

 

2012-08-15 – Łk 1, 39-56 – Na Wniebowzięcie