Ta strona korzysta z technicznych i przyswajalnych plików cookie oraz plików cookie stron trzecich użytkownika w formacie grupowym, aby uprościć nawigację online i chronić korzystanie z usług. Aby dowiedzieć się więcej lub odmówić zgody na użycie jednego lub dowolnego z plików cookie, kliknij tutaj. Zamknięcie tego banera, przeglądanie tej strony lub kliknięcie czegokolwiek będzie traktowane jako wyrażenie zgody na wykorzystanie plików cookie.

Zamknij
Suwerenny Rycerski Zakon Szpitalników Świętego Jana Jerozolimskiego zwany Rodyjskim i Maltańskim

Order of Malta

Rozważania kapelanów

2019-11-03 – Łk 19,1–10 Zacheusz

Niewiele o nim wiemy. Był zwierzchnikiem celników. Był bardzo bogaty. Był niskiego wzrostu. Niewiele również wiemy o imieniu, które mu nadano. Prawdopodobnie Zacheusz jest zdrobniałą formą imienia Zachariasz, imienia teoforycznego, które tłumaczy się: pamięć Jahwe, Jahwe pamięta. Pomimo powyższych mankamentów krótka historia niedużego człowieka wiele mówi nam o nas oraz o naszej ludzkiej kondycji w odniesieniu do Boga.

„Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto”. Bóg jest Tym, który jest, który był i który przychodzi. Przychodzi do nas nieustannie. Przychodzi w Słowie, w sakramentach, w drugim człowieku.

„Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego”. Przychodzi do nas i na nas spogląda. Nie spuszcza nas ze swego opatrznościowego oka. Zna nas po imieniu. Wie, kim jesteśmy i czego nam potrzeba. Wszystkich bez wyjątku powołuje. Do życia. Do miłości. Do bliskości z Sobą. Jesteśmy ważni dla Boga.

„Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu (…) Do grzesznika poszedł w gościnę (…) Syn Człowieczy przyszedł odszukać i zbawić to, co zginęło”. To o mnie, o Tobie, o nas. Prawda pierwsza i najważniejsza oraz płynąca z niej nadzieja. Jesteśmy ludźmi. Jesteśmy więc grzeszni. Bóg, który jest Miłością w Jezusie stał się człowiekiem. Stał się nim dla naszego zbawienia. Odkrycie prawdy o własnej grzeszności i uznanie jej staje się przepustką do doświadczenia Bożego miłosierdzia. Miłosierdzia, które ma zdolność przemieniania człowieka, zwłaszcza sposobu postrzegania świata.

„Połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogoś w czymś skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”. Miłość niejedno ma imię. Miłosierdzie to miłość według Bożego wzoru. Miłość, która widzi w człowieku człowieka, która nie oczekuje odwzajemnienia, która przekracza granice wyznaczane przez rachunek zysku i straty.

Niewiele o nim wiemy. Był zwierzchnikiem celników. Był bardzo bogaty. Był niskiego wzrostu. Niewiele również wiemy o imieniu, które mu nadano. Prawdopodobnie Zacheusz jest zdrobniałą formą imienia Zachariasz, imienia teoforycznego, które tłumaczy się: pamięć Jahwe, Jahwe pamięta. Pomimo powyższych mankamentów krótka historia niedużego człowieka wiele mówi nam o nas oraz o naszej ludzkiej kondycji w odniesieniu do Boga.

„Zacheusz chciał koniecznie zobaczyć Jezusa, któż to jest…” A Ty? Chcesz zobaczyć?

 

  1. Michał Palowski

2019-10-13 – Łk 17,11–19 Wiara

Połączeni stygmatyzującym doświadczeniem nieuleczalnej choroby. Najpierw samotny Naaman nad brzegiem Jordanu. Następnie dziesięciu nieznanych z imienia na pograniczu Samarii i Galilei. Zmieniają się ludzie. Zmieniają się okoliczności czasu i miejsca. Nie zmienia się – co do swej istoty – wiara. Była i jest relacją, odpowiedzią człowieka na Boże objawienie. Była i jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy (Hbr 11,1).

Święty Łukasz przypomina dziś swoim czytelnikom, a wraz z nimi i nam, że owa niezamienna co do swej istoty wiara w różnoraki sposób może być przeżywana i wyrażana.

Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: «Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!» Człowiek wierzący to człowiek przede wszystkim modlitwy. Żyje w nieustannym dialogu z Tym, któremu uwierzył. W równym stopniu do Niego mówi i Go nasłuchuje. Raz czyni to publicznie, innym razem na osobności. Czasem modli się indywidualnie, a czasem wspólnotowo.

Wtedy jeden z nich, widząc, że jest uzdrowiony, wrócił, chwaląc Boga donośnym głosem, padł na twarz u Jego nóg i dziękował Mu. Modlitwa niejedno ma imię. Prośba. Dziękczynienie. Uwielbienie. Przebłaganie. Niezależnie od formy, jaką przybiera jest trwaniem w Bożej obecności.

«Idźcie, pokażcie się kapłanom!» Przyznawanie się do Jezusa. Będąca następstwem raz dokonanego wyboru codzienna życiowa postawa. Zrodzone ze świadomości świadectwo. To kolejna z dróg, na którą winien wejść człowiek wierzący.

Historie uzdrowień, których dziś słuchamy przywodzą na myśl jeszcze jedną cechę człowieka wierzącego, a mianowicie otwartość na cud, na wykraczające poza porządek natury Boże działanie. Mam tu na myśli nie tylko rozumową dopuszczalność takowych zjawisk, ale również gotowość osobistego ich przyjęcia, jeśli zajdzie potrzeba.

Połączeni stygmatyzującym doświadczeniem nieuleczalnej choroby. Najpierw samotny Naaman nad brzegiem Jordanu. Następnie dziesięciu nieznanych z imienia na pograniczu Samarii i Galilei. Zmieniają się ludzie. Zmieniają się okoliczności czasu i miejsca. Nie zmienia się – co do swej istoty – wiara. Twoja. Moja. Nasza.

ks. Michał Palowski

 

2019-09-08 – Łk 14,25–33 Mądrość

Bóg jest jeden. Jednak na kartach Biblii niejedno nosi imię. Mojżeszowi przedstawił się jako JHWH – jako Jestem. Pobożni Izraelici nie chcąc nadużywać bożego imienia posiłkowali się tytułem Adonai, który tłumaczy się jako mój Pan. Jego pochodną jest nieco zapomniane już dzisiaj – a szkoda – greckie Kyrios. Zdarzało się również, że imię Boga zastępowano terminem elohim, czyli bóg, jeden z wielu bogów. Mówiąc o mądrości autorzy natchnieni mają na myśli nie tylko pewną sprawność właściwą ludziom myślącym, lecz również mądrość osobową, czyli Boga właśnie. Fragment stanowiący dziś pierwsze czytanie zaczerpnięty z dziewiątego  rozdziału Księgi Mądrości nosi tytuł Modlitwa o mądrość. Jest ona wołaniem o obecność Boga w życiu, konieczną by móc właściwie wybierać.

 

Pierwsze czytanie i ewangelia winny mieć wspólny mianownik. Dziś jest nim mądrość, która w praktyce przekłada się na umiejętność dokonywania w życiu właściwych wyborów. Uczeń Jezusa stawia Mistrza na pierwszym miejscu i stara się Go naśladować. Tej szczególnej relacji podporządkowuje wszystkie pozostałe. Inwestor skrupulatnie oblicza, czy posiada stosowane środki na sfinalizowanie budowy. Chce uniknąć zarówno wymiernej straty, jak i niewymiernego ośmieszenia w oczach opinii publicznej. Strateg mierzy siły na zamiary. Od przegranej woli zawarcie pokoju nawet na mniej korzystnych warunkach. Wreszcie wyrzeczenie własności, o którym mówi dziś Jezus to nie tyle wyzbycie się tego, kim jesteśmy, ale raczej zgoda na odrzucenie tego wszystkiego, co nas obciąża i wikła, ogranicza i zniewala.

 

Z lektury dzisiejszych czytań płynie jeszcze jedno przesłanie. Kto kocha, ten wymaga. Nie tylko od innych, których powierzono jego pieczy – jako przełożonemu, rodzicowi, wychowawcy – ale w pierwszej kolejności od siebie. Stawiając sobie wymagania, dokonując wyborów, czasem ucząc się na błędach nie tylko zdobywamy mądrość, ale również stajemy się dla innych życiowymi przewodnikami.

Kupić by cię, mądrości, za drogie pieniądze… ­­wołał w Trenie IX Jan Kochanowski. Kupić? Niekoniecznie! Wymodlić. Wypracować. Jak najbardziej!

ks. Michał Palowski

 

 

2019-07-28 – Łk 11, 1–13 Modlitwa

 

Abraham wstawia się za Sodomą. Jezus jest człowiekiem modlitwy. Odpowiadając na prośbę uczniów, nie tylko uczy ich modlitwy Pańskiej, ale i przypomina, jak należy się modlić. Wytrwale, a czasem nawet natrętnie. Modlitwa z jednej strony jawi się jako coś naturalnego, co wypływa z potrzeby serca, co jest reakcją na zastaną sytuację. Tak modli się Abraham, widząc co może spotkać mieszkańców Sodomy. Z drugiej zaś – sztuką, której dążąc do ideału całe życie się uczymy. Padające na początku i na końcu Eucharystii wezwanie: Módlmy się! jest nie tylko zaproszeniem do podjęcia konkretnego działania, ale również w jakiś sposób opisuje naturę Kościoła jako wspólnoty wiernych, która gromadzi się na modlitwie.

 

Abraham wstawia się za Sodomą. Według wskazań Katechizmu: Wstawiennictwo jest modlitwą prośby, która bardzo przybliża nas do modlitwy Jezusa. To On jest jedynym wstawiającym się u Ojca za wszystkich ludzi, a w szczególności za grzeszników (…) Za nas! Wstawianie się za innymi, prośba o coś dla innych, jest – od czasu Abrahama – czymś właściwym dla serca pozostającego w harmonii z miłosierdziem Bożym. W czasie Kościoła – w naszym czasie – wstawiennictwo chrześcijańskie uczestniczy we wstawiennictwie Chrystusa: jest wyrazem komunii świętych (KKK 2634-2635).

 

Jedną z form modlitwy wstawienniczej, którą polecam dziś Waszej uwadze jest modlitwa powszechna, czyli modlitwa wiernych. W niej lud w pewien sposób odpowiada na słowo Boże przyjęte z wiarą i wykonując swą wynikającą z chrztu funkcję kapłańską, zanosi do Boga błagania za zbawienie wszystkich. Wypada, aby ta modlitwa była zanoszona z zasady we Mszach świętych sprawowanych z udziałem ludu, by zanoszono błagania za święty Kościół, za tych, którzy sprawują nad nami rządy, za ludzi znajdujących się w różnych potrzebach, a także za wszystkich ludzi i o zbawienie całego świata (OWMR 69. Modlitwa powszechna obejmuje zazwyczaj następujące intencje: w potrzebach Kościoła, za rządzących państwami i o zbawienie całego świata, za ludzi doświadczonych różnymi trudnościami, za miejscową wspólnotę (OWMR 70).

 

Śmiem twierdzić, że właśnie modlitwa powszechna, a zwłaszcza dwa ostatnie wezwania – za ludzi doświadczonych różnymi trudnościami oraz za miejscową wspólnotę – jest swoistym barometrem/sejsmografem obrazującym życie konkretnej społeczności. Namacalnie wręcz pozwala zobaczyć, kto spośród nas szczególnie potrzebuje modlitewnego wsparcia lub co leży nam na sercu. Jednocześnie pokazuje, jak bardzo się znamy i sobie ufamy prosząc się nawzajem o modlitwę. Od lat niesłabnącą popularnością cieszą się wszelkiego rodzaju skrzynki intencji i pogotowia modlitewne prowadzone przez zgromadzenia zakonne i wspólnoty. Również modlitwa przez wiernych i za wiernych zanoszona daje taką sposobność. Nie bójmy się o nią poprosić. I módlmy się za siebie nawzajem.

ks. Michał Palowski

 

2019-04-20 – Łk 24, 1-12– Pascha. Procesja. Pasja.

Dzisiejsza paschalna noc swymi korzeniami sięga historii Izraela. Pierwsza pascha była wydarzeniem historycznym – wyjściem narodu wybranego z egipskiej niewoli. Każda kolejna – świętem, którym tą pierwszą upamiętniano.

Przypadała na wiosnę. W miesiącu Nisan, który w naszej rachubie czasu odpowiada przełomowi marca i kwietnia. Zbiegała się z pierwszą, wiosenną pełnią księżyca. Kluczowym momentem święta była paschalna wieczerza, w czasie której poprzez potrawy i obrzędy odtwarzano szczegóły tamtej dramatycznej nocy i następującego po niej pierwszego dnia wolności. Spożywano odpowiednio przygotowanego baranka, upamiętniającego ofiarę, której krew uratowała Izraelitów od śmierci. Z mięsem baranka spożywano przaśny chleb (hebr. maccot), przygotowany jedynie z mąki i wody na pamiątkę chleba, który spożywali przodkowie. Pito przy tym gorzkie zioła, aby przypomnieć sobie ciężkie lata niewoli. Potrawy popijani posoloną wodą, dla wspomnienia wielu łez wylanych w czasie niewoli, a cztery kielichy wina, wypijane w czasie wieczerzy w odpowiednich odstępach miały być zapowiedzią przyszłej, obiecanej ojczyzny. W czasach monarchii paschę obchodzono w świątyni. Po powrocie z przesiedlenia babilońskiego święto nabrało bardziej rodzinnego charakteru. Baranka ofiarowanego w świątyni spożywano w domach. Także Jezus obchodził paschę ze swoimi uczniami. W czasie paschalnej wieczerzy ustanowił Eucharystię. Sam stał się barankiem złożonym w ofierze.

Termin pascha tłumaczy się dwojako. Po pierwsze jako rzeczownik –ochrona. Krew baranka, którą oznaczono drzwi ocaliła Izraelitów przed ostatnią z egipskich plag. Po wtóre jako czasownik – przejść, przejść obok, minąć. My współcześni również doświadczamy owej dynamiki. Przez śmierć fizyczną przechodzimy z życia doczesnego do wiecznego. Przez sakramenty chrztu i pokuty – z grzechu do niewinności – z niewoli do wolności. Szczególnym znakiem, który o tym, żeśmy ludźmi w drodze nam przypomina jest każda procesja. Także ta, którą zakończymy dzisiejsze świętowanie. Gwoli przypomnienia. Procesja to uroczysty obchód, który należy do świątecznych obrzędów liturgicznych. Nią rozpoczynamy i kończymy każdą eucharystię. W procesji przynosimy do ołtarza dary ofiarne i przystępujemy do komunii. Procesją dajemy publicznie wyraz naszej przynależności do Chrystusa. Powadzi nas krzyż z wizerunkiem Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego. On jest naszym przewodnikiem. Jemu daliśmy wiarę. O Nim chcemy mówić. Za Nim idziemy. On nam wskazuje drogę. Z ziemi do nieba. Do zbawienia. Do zwycięstwa. Ten wspólny cel, śpiew i modlitwa, a czasem milczenie pokazują, że w Chrystusie tworzymy jedno.

Pasja to nie tylko wielkopostne nabożeństwo służące rozpamiętywaniu męki Jezusa czy też dzieło artystyczne o niej traktujące. To nie tylko również silne rozgniewanie się czy furia. To przede wszystkim zamiłowanie do czegoś, namiętność; także przedmiot tej namiętności. Czas Wielkanocy przypominam nam o Życiu, które jest pochodną pasji Chrystusa. Naszą rolą, naszym zadaniem jest z pasją żyć i o Życiu, które na drodze Paschy śmierć pokonało opowiadać.

tekst: ks. Michał Palowski

 

 

 

2019-03-31 – Łk 15, 1-3. 11-32– Radość pojednania

Raduj się, Jerozolimo, zbierzcie się wszyscy, którzy ją kochacie. Cieszcie się, wy, którzy byliście smutni, weselcie się i nasycajcie u źródła waszej pociechy (Iz 66, 10-11) zachęca antyfona na wejście. Raduj się, bo nadchodzi wiosna, która przynosi życie, a wraz z nią coraz bliższe stają się święta paschalne, które życie tak mocno afirmują! Z kolei kolekta mszalna, która przed chwilą wybrzmiała – szczególnie mocno akcentuje pojednanie, którego autorem jest Bóg.

W czwartą niedzielę Wielkiego Postu w jedno schodzą się radość i pojednanie, przywodząc tym samym na myśl – zwłaszcza w świetle historii o marnotrawnym synu i miłosiernym ojcu – temat spowiedzi świętej.

Każdy, kto korzysta z tego sakramentu tworzy na własny użytek osobistą, opartą na doświadczeniu definicję. I dobrze, że tak jest, że próbujemy ubrać w słowa to, co przeżywamy. Jednocześnie, dla podkreślenia jedności, warto przypomnieć, co na ten temat ma do powiedzenia Kościół. W sakramencie pokuty, wierni wyznający uprawnionemu szafarzowi grzechy, wyrażający za nie żal i mający postanowienie poprawy, przez rozgrzeszenie udzielone przez tegoż szafarza otrzymują od Boga odpuszczenie grzechów po chrzcie popełnionych i jednocześnie dostępują pojednania z Kościołem, któremu grzesząc zadali ranę (kan. 959). Indywidualna i integralna spowiedź oraz rozgrzeszenie stanowią jedyny zwyczajny sposób, przez który wierny, świadomy grzechu ciężkiego, dostępuje pojednania z Bogiem i Kościołem. Jedynie niemożliwość fizyczna lub moralna zwalnia od takiej spowiedzi. W takim wypadku pojednanie może się dokonać również innymi sposobami (kan. 960).

Pojednanie jest owocem paschy, czyli przejścia. Z niewoli do wolności. Z grzechu do świętości. To ono czyni sakrament pokuty przestrzenią radości. Z jednej strony raduje się Bóg: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia (Łk 15,7). Z drugiej – grzesznik, który nie tylko jedna się z Bogiem, Kościołem i sobą, doświadczając przy tym nie tylko przebaczenia, lecz również pokoju, o czym przypomina nam formuła rozgrzeszenia.

Powróćmy do spowiedzi, przywróćmy temu sakramentowi miejsce, na jakie zasługuje w życiu i w duszpasterstwie! (…) Prośmy o chrześcijańskie ujęcie życia, gdzie przed grzechem widzimy z miłością grzesznika, przed błędem człowieka błądzącego, osobę przed jej historią (…) Spowiedź jest przejściem od nędzy do miłosierdzia, jest pismem Boga na sercu. Odczytujemy tam za każdym razem, że jesteśmy cenni w oczach Boga, że On jest Ojcem i kocha nas bardziej, niż my miłujemy samych siebie (…) Otrzymanie przebaczenia grzechów za pośrednictwem kapłana jest doświadczeniem nieustannie nowym, oryginalnym i niepowtarzalnym. Sprawia, że przechodzimy od bycia samotnymi z naszymi nędzami i oskarżycielami (…) do bycia pocieszonymi i wspieranymi przez Pana, który sprawia, że zaczynamy od nowa (…) To jest bowiem istotą spowiedzi: nie wyznane przez nas grzechy, ale Boża miłość, którą otrzymujemy i której zawsze potrzebujemy – powiedział Ojciec Święty podczas nabożeństwa pojednania wielu penitentów ze spowiedzią i rozgrzeszeniem indywidualnym.

O łaskę pojednania i dar radości prośmy raz jeszcze: Boże, Ty za pośrednictwem swojego Syna pojednałeś ludzkość ze sobą, spraw, aby lud chrześcijański z żywą wiarą i szczerym oddaniem spieszył ku nadchodzącym świętom wielkanocnym. Przez Chrystusa Pana naszego.

tekst: ks. Michał Palowski

zdjęcie: aleteia.org

 

2019-03-03 – Łk 6, 39-45 Krótko

Trzy wersy z Mądrości Syracha. Dwa razy więcej z Ewangelii według św. Łukasza. Dziewięć wersów traktujących o człowieku i jego kondycji. O nas.
Mądrość Syracha daje wykład zasad codziennego postępowania. Zachęca do odsiewanie odpadków od tego, co wartościowe oraz do odróżniania błędów – od tego, co właściwe. Przypomina o potrzebie weryfikowania jakości wykonanych naczyń w wysokiej temperaturze garncarskiego pieca oraz odkrywaniu klasy człowieka w oparciu o treść jego wypowiedzi. Zaprasza do oceniania jakości drzewa na podstawie owoców oraz zamysłów serca w odniesieniu do mowy. I przestrzega, by nie chwalić męża przed wypowiedzią. Prawa przyrody przez swą powtarzalność stają się przewidywalne. Człowiek tym regułom się wymyka. Zaskakuje. Pozostaje tajemnicą.
Skazani na sukces, a raczej zaprogramowani na rozwój. Tacy jesteśmy od zarania dziejów. Ów zamysł ma Boży rodowód. Jesteśmy przecież stworzeni na wzór i podobieństwo Absolutu i do doskonałości mamy dążyć. Na przestrzeni wieków koncept ten przybrał nową, adekwatną do czasu i miejsca formę. W zakładach pracy odbywa się indywidualne i grupowe doskonalenie. Eksperci reprezentujący wiele dziedzin zachęcają do samorozwoju i chętnie służą w tym pomocą. Nieustannie wspinamy się na kolejne szczyty. Codziennie pokonujemy coraz to nowe ograniczenia. I dobrze, że tak jest, że chcemy być mądrzejsi, że chcemy stawać się lepsi. Jednak nie wolno nam zapomnieć, iż pierwszym i podstawowym kierunkiem rozwoju pozostaje nawrócenie. Otwieranie oczu na towarzyszące nam znaki. Wsłuchiwanie się w Boże Słowa. Dostrzeganie i wybieranie tego, co najważniejsze. A wszystko po to, aby wydać dobre owoce.
Z obfitości serca mówią usta. A że z pustego nawet Salomon nie naleje, dobrze jest zabiegać o obfitość serca. Nieustannie napełniać się dobrem. Warto słuchać tego, co mają do powiedzenia inni. Zasłyszane treści analizować i zachowywać w pamięci. Warto być uważnym obserwatorem. Ćwiczyć się we wrażliwości na niuanse, które jakże często nadają życiu smak i walor. Warto z przeżytych doświadczeń – tak własnych, jak i cudzych – wyciągać wnioski na przyszłość. Warto!

Zamiast zakończenia. Z Wisławy Szymborskiej, Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej.
A ty dokąd,
tam już tylko dym i płomień!
– Tam jest czworo cudzych dzieci,
idę po nie!
(…)
Jestem naocznym świadkiem
lotu chmur i ptaków,
słyszę, jak trawa rośnie
i umiem ją nazwać,
odczytałam miliony
drukowanych znaków,
wodziłam teleskopem
po dziwacznych gwiazdach,

tylko nikt mnie dotychczas
nie wzywał na pomoc
i jeśli pożałuję
liścia, sukni, wiersza –

Tyle wiemy o sobie,
ile nas sprawdzono.
Mówię to wam
ze swego nieznanego serca

tekst i zdjęcie: ks. Michał Palowski

 

 

2019-02-10 – Łk 5, 1-11 Powołanie

Dzisiejsza liturgia Słowa nie pozostawia złudzeń. Czytania zapraszają nas, aby chwil kilka poświęcić sprawie, której na imię powołanie.

 

Intuicyjnie wyczuwamy, że powołanie jest stanem, który pojawia się w życiu człowieka po wołaniu, a więc w konsekwencji usłyszanego wezwania. Wezwania spersonalizowanego, w którym wzywający – czy to osoba, czy to instytucja – przedstawia wzywanemu propozycję, jaką dlań przewidział. Człowiek jako istota wolna wezwanie to może przyjąć lub odrzucić.

Mówiąc o powołaniu jako odpowiedzi na usłyszane słowo – «Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów!» – nie sposób pominąć także przyczyny powołania, jaką jest słowo, a właściwie jego brak. Jezus powołał pierwszych apostołów w odpowiedzi na potrzebę swoich słuchaczy. Tłum cisnął się Doń, aby słuchać słowa Bożego. Tego słowa był głodny i spragniony zarazem.

 

W naszym języku i w naszej kulturze termin powołanie zwykło się odnosić do przedstawicieli niektórych profesji czy stanów życia. Wychodząc poza ów krąg mówi się o wspólnych wszystkim ochrzczonym powołaniach, którymi są świętość, a więc praktykowanie w życiu spraw zwyczajnych w sposób nadzwyczajny oraz zbawienie, czyli ostateczne spotkanie i zjednoczenie z Bogiem.

 

Myślę, że w świetle tego, co powiedzieliśmy wcześniej zasadnym będzie rzec, że oprócz świętości i zbawienia kolejnym wspólnym powołaniem ochrzczonych powinno być powołanie do odczuwania głodu słowa. Słowa w szerokim znaczeniu rozumianego. I tego, które pochodzi z ust Bożych. Bo to ono daje życie. I tego ludzkiego, które pozwala tworzyć relacje i podtrzymywać je w istnieniu. Równie ważne jak odczuwanie głodu jest jego zaspokajanie. «Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił». I wciągnąwszy łodzie na ląd, zostawili wszystko i poszli za Nim.

 

Zamiast zakończenia. Z Josepha von Eichendorffa.

 

W rzeczach wszystkich pieśń uśpiona

Śni o śpiewie w ciszy snów.

Świat czarowną pieśń wykona,

Gdy go zbudzisz magią słów

tekst i zdjęcie: ks. Michał Palowski

 

 

 

2018-12-16 – Łk 3,18-10 Gaudete

Radujcie się zawsze w Panu, raz jeszcze powiadam: radujcie się! Pan jest blisko (Flp 4,4.5) zachęcał mieszkańców Filipii święty Paweł. Radujcie się zawsze w Panu, raz jeszcze powiadam: radujcie się! Pan jest blisko wołamy i my wraz z całym Kościołem. To już trzecia niedziela Adwentu.

Radość jest doświadczeniem bardzo powszechnym i bardzo osobistym zarazem. Bo choć każdy z nas doświadcza jej, jedni częściej, inni rzadziej; jedni bardziej, inni mniej różne są jej przyczyny, różne są jej przejawy. Dlatego tak trudno ubrać ją w słowa. Jednak ów brak nie stoi na przeszkodzie, by o niej mówić. Wszak doskonale wiemy, czym jest.

Dzisiejsze czytania jako źródło radości wskazują bliskość Pana. Bliskość, której doświadczamy w Bożym Słowie i świętych sakramentach, w modlitwie i drugim człowieku. To właśnie tej ostatniej sprawie – międzyludzkim relacjom – Jan Chrzciciel poświęca szczególną uwagę. Kto ma dwie suknie, niech się podzieli z tym, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni (…) Nie pobierajcie nic więcej ponad to, co wam wyznaczono (…) Na nikim pieniędzy nie wymuszajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na waszym żołdzie. Oddawanie tego, co się komuś słusznie należy, poprzestawanie na tymże to nic innego jak respektowanie w życiu rzymskiej zasady sprawiedliwości w jej społecznym wymiarze.

Jednocześnie nie można nie wspomnieć o jeszcze jednej formie troski o bliźniego, a mianowicie o napominaniu. Ten, kto napomina ma na względzie szeroko rozumiane dobro, a w szczególności zbawienie, które jest najwyższym prawem Kościoła i najważniejszym obowiązkiem wszystkich ochrzczonych.

Sprawiedliwość, czyli oddanie każdemu tego, co mu się słusznie należy wydaje się być niezbyt daleką krewną pokoju, a więc sytuacji, kiedy wszystko pozostaje na swoim miejscu w sposób niczym niezagrożony. Jednocześnie doświadczenie pokoju może być traktowane jako przyczynek do radości. Tak powstaje święta triada: sprawiedliwość, pokój i radość, czyli opisywane w Liście do Rzymian Królestwo Boże, którego przyjścia z wiarą i nadzieją oczekujemy, które nie jest sprawą tego, co się je i pije, ale sprawiedliwością, pokojem i radością w Duchu Świętym (Rz 14,17).

tekst: ks. Michał Palowski
zdjęcie: www.muzeumslaskie.pl

 

 

 

2018-07-29 – J 6, 7-15 – Świadkowie wdzięczności

Przyszliśmy na mszę świętą. Uczestniczymy w Eucharystii. Okoliczności czasu i miejsca oraz esencja biblijnych czytań zapraszając do wspólnej refleksji, jednocześnie wskazują jej temat.

Na przestrzeni wieków o eucharystii powiedziano i napisano nieskończenie wiele, a mimo to nadal pozostaje misterium. Tajemnicą, która nie przestaje fascynować.

Kościół żyje dzięki Eucharystii [Ecclesia de Eucharistia vivit]. Ta prawda wyraża nie tylko codzienne doświadczenie wiary, ale zawiera w sobie istotę tajemnicy Kościoła. Na różne sposoby Kościół doświadcza z radością, że nieustannie urzeczywistnia się obietnica: «A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata» (Mt 28, 20). Dzięki Najświętszej Eucharystii, w której następuje przeistoczenie chleba i wina w Ciało i Krew Pana, raduje się tą obecnością w sposób szczególny. Od dnia Zesłania Ducha Świętego, w którym Kościół, Lud Nowego Przymierza, rozpoczął swoje pielgrzymowanie ku ojczyźnie niebieskiej, Najświętszy Sakrament niejako wyznacza rytm jego dni, wypełniając je ufną nadzieją pisał św. Jan Paweł II.

Sakrament miłości, Najświętsza Eucharystia jest darem, jaki Jezus Chrystus czyni z samego siebie, objawiając nam nieskończoną miłość Boga wobec każdego człowieka. W tym przedziwnym sakramencie objawia się miłość największa, ta, która przynagla, by „życie swoje oddać za przyjaciół swoich” (J 15, 13). Istotnie, Jezus „do końca ich umiłował” (J 13, 1). Tymi słowami zapowiada Ewangelista Jego gest nieskończonej pokory: zanim umarł na krzyżu za nas, przepasawszy się ręcznikiem, umył uczniom nogi. Tak też, w sakramencie Eucharystii Jezus nadal miłuje nas „aż do końca”, aż po dar ze swego ciała i swojej krwi. Jakież zdziwienie musiało napełnić serca Apostołów wobec czynów i słów Pana podczas tej Wieczerzy! Jakiż zachwyt winna wzbudzić w naszym sercu tajemnica Eucharystii! dopowiadał Benedykt XVI.

Wśród wielu terminów używanych dla określenia rzeczywistości, w której uczestniczymy – jak Łamanie chleba, Wieczerza Pańska, Zgromadzenie, Pamiątka Męki i Zmartwychwstania Pana, Najświętsza Ofiara – najczęściej spotykane, a przez to najbliższe stają się dwa: eucharystia i msza święta.

Eucharystia to dziękczynienie, jakie człowiek składa Bogu. A mamy za co dziękować. Za życie. Za zbawienie. Za wszelkie dobro, które z Bożej łaski staje się naszym udziałem lub które przez nasze ręce trafia do innych. Swoistą pomocą w jego odkrywaniu jest prefacja, którą kapłan odmawia przed modlitwą eucharystyczną wskazując motywy wdzięczności. W generalnym rozrachunku chodzi o codzienną wrażliwość na Boga i Boże sprawy oraz na wszelkie okruchy dobra, których tak wiele w otaczającej nas rzeczywistości. Z kolei msza to spolszczenie łacińskiego ite missa est – idźcie, jesteście posłani. Posłani, by słowem i życiem mówić światu o Bogu, który jest dobry oraz o dobru, które odkrywamy i którego doświadczamy nie tylko tu i teraz.

Idźmy! Jesteśmy posłani! Amen.

tekst i zdjęcie: ks. Michał Palowski

 

 

 

2018-07-15 – Mk 6, 7-13 – Nie potrzebują lekarza zdrowi

Polszczyzna zastąpiła łacinę. Pokój Chrystusa – ofiarę spełnioną. Zmieniły się języki. Zmieniła się forma. Nie zmieniła się prawda. Jesteśmy posłani. Tak jak prorocy. Tak jak apostołowie. Źródłem, z którego mamy czerpać i z którego obfitości mamy nasycać innych są Słowo i sakramenty.

Wyszli i wzywali do nawracania się. Wyrzucali też wiele złych duchów, a wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali (Mk 6,12-13). Ostatnie zdania czytanej dziś markowej ewangelii przywodzą na myśl dwa sakramenty ze sobą splecione – pokutę, którą jest efektem nawrócenia oraz namaszczenie chorych. Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina, że nasz Pan Jezus Chrystus, lekarz naszych dusz i ciał (…) chciał, by Kościół mocą Ducha Świętego kontynuował Jego dzieło uzdrawiania i zbawiania, które obejmuje także jego członki. Jest to celem dwóch sakramentów uzdrowienia: sakramentu pokuty i namaszczenia chorych (KKK 1421).

Mam świadomość, że o każdym z nich można powiedzieć wiele. Odwołując się i do nauczania Kościoła, i do własnego doświadczenia. Gwoli przypomnienia przytoczmy w tym miejscu jedynie dwie kodeksowe definicje. W sakramencie pokuty, wierni wyznający uprawnionemu szafarzowi grzechy, wyrażający za nie żal i mający postanowienie poprawy, przez rozgrzeszenie udzielone przez tegoż szafarza otrzymują od Boga odpuszczenie grzechów po chrzcie popełnionych i jednocześnie dostępują pojednania z Kościołem, któremu grzesząc zadali ranę (kan. 959). Namaszczenia chorych, poprzez które Kościół wiernych niebezpiecznie chorych powierza Chrystusowi cierpiącemu i uwielbionemu, ażeby ich podtrzymał i zbawił, udziela się przez namaszczanie ich olejem i wypowiedzenie słów przepisanych w księgach liturgicznych (kan. 998)

Jezu otoczony rzeszą kalek, ślepców, trędowatych, ciał niemocą naznaczonych, dusz błądzących po bezdrożach; Jezu, któryś miał przyjaciół wśród celników, jawnogrzesznic, któryś szukał pogardzonych, zeszpeconych plamą winy. Hymn odmawiany w nieszporach (wtorek, III tygodnia) przypomina, iż oba te sakramenty mają stricte Jezusowy, stricte biblijny rodowód. Zbawiciel wielokrotnie uzdrawiał chorych: córkę Jaira, sługę setnika, kobietę cierpiąca na krwotok, teściową Piotra, głuchych, niemych, sparaliżowanych, trędowatych. Często uzdrowienie fizyczne poprzedzał uzdrowieniem duchowym przez odpuszczenie grzechów prowadząc przez to do wyznania wiary lub na nie odpowiadając.

Grzech też jest chorobą. Chorobą, która choć dotyka duszy również prowadzi do śmierci. Do życia oderwaniu od Boga, który jest źródłem życia i który podtrzymuje je w istnieniu. Ale Bóg nie chce śmierci grzesznika, lecz aby się nawrócił i żył (Ez 33,11). Dał nam Kościół, a w nim sakramenty, które przynoszą pociechę i uzdrowienie. Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają (Mt 9,12). Pierwszym krokiem wiodącym do uzdrowienia jest uznanie własnej choroby, przyznanie się do własnej grzeszności. To z niego rodzi się pełne nadziei wołanie: Jezu z sercem gorejącym i otwartym dla każdego, kto chce dźwigać krzyż codzienny swej słabości i cierpienia; Jezu okaż miłosierdzie nam, potomkom tamtych ludzi i podobnym do nich w nędzy, co przyzywa Twej litości. Amen.

tekst: ks. Michał Palowski

foto: archiwum Pomocy Maltańskiej w Katowicach

2018-07-01 – Mk 5, 21-43 – De arte bene moriendi

Szczeklik. Medykom tłumaczyć nie trzeba. Nazwisko, które przywodzi na myśl kultowy – o ile to właściwy przymiotnik – podręcznik interny, w małym i dużym wydaniu. Pozostałym czytelnikom z kolei – książki, w których profesor łączył medycynę z literaturą, sztuką, muzyką. Kore, Katharsis, Nieśmiertelność i wreszcie Słuch absolutny, wywiad rzeka, w którym zapowiadał powstanie książki, którą sam uważał za najważniejszą De arte bene moriedni – O sztuce dobrego umierania. Niestety nie zdążył jej napisać.

Według tzw. tradycyjnej definicji śmierć człowieka następowała w momencie ustania wszelkiej czynności oddechowej oraz krążenia, przy czym za dokładny moment śmierci zazwyczaj uznawano ostatni oddech lub częściej ostatnie wysłuchane uderzenie serca (łac. cor ultimum moriens). Rozwój medycyny doprowadził do wypracowania tzw. nowej definicji śmierci, gdzie za podstawę do uznania człowieka za zmarłego stanowi śmierć całego mózgu (łac. mors biologica cerebri). Obecnie uważa się, że śmierć pnia mózgu implikuje śmierć mózgu jako całości, choć nie oznacza, że w momencie stwierdzenia śmierci pnia martwe są również wszystkie komórki mózgu. Według tej tzw. nowej zmodyfikowanej definicji śmierci, śmierć pnia mózgu jest niezbędnym i wystarczającym warunkiem do uznania osoby za zmarłą (powyższe za Wikipedią).

Mówiąc zaś o śmierci językiem Biblii powtórzmy raz jeszcze za autorem Księgi Mądrości, iż śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się z zagłady żyjących. Stworzył bowiem wszystko po to, aby było, i byty tego świata niosą zdrowie (Mdr 1,13-14a). Bóg stworzył człowieka dla nieśmiertelności. Uczynił go obrazem swej własnej wieczności (Mdr 2,23). Jest przecież Życiem i Miłością. Śmierć, która weszła na świat przez zawiść diabła (Mdr 2,24a) jest przykrą i nieuniknioną konsekwencją grzechu pierwszych rodziców, a co za tym idzie i grzechu pierworodnego, z którym przychodzimy na świat. Jest przejściem. Z tego świata na tamten. Z doczesności do wieczności. Z życia do… życia.

Śmierć dla ludzi wierzących jest jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym momentem życia. Jest długo wyczekiwanym spotkaniem z Bogiem. Spotkaniem twarzą w twarz. Spotkaniem, od którego wszystko zależy. Warto więc dobrze się nań przygotować przez sakramenty pokuty i eucharystii. W swojej mądrości Kościół wypracował wiatyk, czyli komunię dla umierających, jednak nie warto odkładać jej na ostatni moment, lecz przyjąć ją zawczasu, świadomie. Ponadto dobrze jest, kiedy odchodzeniu towarzyszą bliscy. Ci, których kochamy i którzy nas kochają. Ci, którzy do końca trzymają za rękę.

Zawsze przychodzi za wcześnie. Zawsze powoduje ból i łzy. Nie można jej pokochać. Nie sposób z nią się zaprzyjaźnić.  Ale warto pamiętać o jednym. Śmierci Bóg nie uczynił. Śmierć Bóg pokonał. Byśmy żyli. Z Nim i dla Niego. Już na zawsze. Amen.

tekst: ks. Michał Palowski

zdjęcie: www. znak.com.pl

2018-06-24 – Łk 1, 57-66. 80 – Jan będzie mu na imię

Jan będzie mu na imię. Jan to znaczy Bóg jest łaskawy. Bóg okazał swoją łaskę. Bóg czyli Ten, który jest jednocześnie tak bardzo bliski, a jakże daleki, Ten, który jest radykalnie od nas odmienny, Ten, który jest podobny do nas we wszystkim oprócz grzechu. Łaska zaś (gr. charis, łac. gratia) to Boże zmiłowanie nad człowiekiem. Boże oddziaływanie na człowieka. Stan przyjaźni z Bogiem i dziecięctwa Bożego, do którego Bóg człowieka podnosi.

Pismo święte mówi o łasce przede wszystkim jako o łaskawości Boga w stosunku do człowieka. Człowiek stworzony przez Boga wszystko Mu zawdzięcza, szczególnie jednak zawdzięcza mu zbawienie. Bóg w swej miłości powołał człowieka, by stał się Jego dzieckiem. Objawił mu siebie, by człowiek, wierząc w Niego, ufając Mu i kochając Go, znajdował w nim jako dziecko swego Ojca. Człowiek jednak zerwał przez grzech owe synowskie więzy łączące go z Bogiem, co było równoznaczne z wiecznym potępieniem. Bóg dokonał wówczas zbawienia przez swego Syna, Jezusa Chrystusa (…) Sytuację człowieka, który przez wiarę w Słowo Boże zyskuje usprawiedliwienie i staje się dzieckiem Bożym nazywa się w teologii stanem łaski uświęcającej. Jedynym u, umiłowanym Synem Bożym, którym ma On upodobanie jest Jezus Chrystus. Tylko dzięki Niemu i w Nim wszyscy ludzie mogą stać się przybranymi dziećmi Bożymi. Wnikać zatem w tajemnicę usynowienia człowieka przez Boga, czyli w tajemnicę łaski uświęcającej można jedynie idąc za wymaganiami stawianymi przez Jezusa (…) Wspólnota z Jezusem polega na podobnym do Jezusowego spojrzeniu na własne życie, na innych ludzi, na świat i na Boga (…) Wpływ Boga, dzięki któremu człowiek postępuje w sposób prowadzący do zbawienia to znaczy spełnia akty wiary, nadziei i miłości, dochodzi do usprawiedliwienia i trwa w stanie synostwa Bożego nazywa się łaską uczynkową. Pismo Święte posługuje się przede wszystkim dwoma rodzajami przenośni wyrażającymi Boże oddziaływanie na człowieka: jedne mówią o świetle, drugie o mocy. Występują w księgach Pisma Świętego tak często, jak często wyrażają one zależność człowieka od Boga we wszystkim, co dobre (…) Teologia zwykła wiązać te dwa sposoby Bożego oddziaływania na człowieka z jego możnością poznania (intelektem) i chcenia (wolą). Bóg zatem daje człowiekowi poznać to, co dobre i dobrze postępować. Boże oddziaływanie na człowieka obejmuje całą drogę zbawienia, od aktu wiary, a nawet jej najbardziej początkowego pragnienia, aż do wytrwania w dobrym aż do końca

Patron dnia dzisiejszego zapisał się na kartach Biblii, a co za tym idzie i w ludzkiej pamięci jako chrzciciel, jako ten, który udzielał łaski, bo chrzest również jest łaską. Chrzest to brama sakramentów. Konieczny jest do zbawienia przez rzeczywiste lub zamierzone przyjęcie. Uwalnia ludzi od grzechów. Odradza ich jako dzieci Boże i przez upodobnienie do Chrystusa niezniszczalnym charakterem włącza ich do Kościoła. Ważnie udzielany jedynie przez obmycie w prawdziwej wodzie z zastosowaniem koniecznej formy słownej (kan. 849).

Jan Chrzciciel to jeden z nielicznych – a może nawet jedyny – święty, którego w kalendarzu liturgicznym wspominamy dwukrotnie. W czerwcu z radością świętujemy jego narodzenie. Końcem sierpnia z zadumą patrzymy na jego męczeńską śmierć. Na naszych oczach Jan rodzi się dwukrotnie. Do życia na ziemi i do życia w wieczności. Podobnie rzecz ma się z chrztem, który przyjmowany zazwyczaj na początku życia programuje nas na wieczność. Na bycie łaskawymi na wzór Chrzciciela. Na obsequium pauperum, który wypływa przecież z tuitio fidei.

  1. Michał Palowski

zdjęcie: www.krakow.gosc.pl

 

 

2018-05-27 – Mt 28,16-20 – Tres faciunt collegium

Tres faciunt collegium. Trzech (trzy osoby) tworzą związek/ stowarzyszenie. Tak stanowi sformułowana przez rzymskiego jurystę Neratiusa Priscusa paremia. Bowiem do powołania stowarzyszenia jako osoby prawnej konieczny był udział co najmniej trzech osób.

Jest jeden Bóg. Są trzy Osoby Boskie: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Osoba Trójcy to określenie tego, co różni Ojca od Syna i Ducha w jedności Boskiej natury. Trzy Osoby to trzy suwerenne podmioty, gdzie każdy z nich a więc i Ojciec, i Syn, i Duch jest Osobą Boską – jest Bogiem. Ów jeden w trzech Osobach Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze. Sprawiedliwość zaś jest według Ulpiana niezmienną i trwałą wolą zagwarantowania każdemu jego prawa. Definicja ta zakorzeniona jest w filozofii stoickiej. Nie była też obca prawodawstwu faraonów i Kodeksowi Hammurabiego. Nie jest ona jedynie pustym retorycznym hasłem ani zapożyczeniem, lecz stanowi pewną mądrość, której każde pokolenie nadaje własny sens.

Próbę zdefiniowania, czym jest sprawiedliwość, w oparciu o kryterium materialne, w odróżnieniu od charakterystycznego dla kryterium formalnego podjął Arystoteles. Centralnym punktem pojęcia sprawiedliwości u Arystotelesa jest równość, rozumiana jednak nie w sposób numeryczny, lecz proporcjonalny, geometryczny. Równy oznacza środek między za dużo, a za mało. Prawo jest więc czymś proporcjonalnym, ponieważ proporcja jest środkiem, a więc i słuszne jest proporcją.

Suum cuique tribuere. Oddać każdemu, co mu się należy. Bóg jest Miłością przez wielkie „M” pisaną. Ona jest Jego istotą. Z niej jest „zrobiony”. Z tej miłości Ojciec „rodzi” Syna. Od Ojca i Syna – z Miłości również – pochodzi Duch Święty. Nadmiar Bożej miłości jest przyczyną sprawczą istnienia świata i człowieka. Z miłości nas stworzył. Do miłości nas powołał. Z miłości sądzić nas będzie. Dlatego pomni na to, że sprawiedliwy Sędzia odda każdemu według tego, co mu się słusznie należy powtórzmy za św. Pawłem: Nikomu nie bądźcie nic dłużni poza wzajemną miłością. Kto bowiem miłuje bliźniego, wypełnił Prawo. Albowiem przykazania: Nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie pożądaj, i wszystkie inne – streszczają się w tym nakazie: Miłuj bliźniego swego jak siebie samego! Miłość nie wyrządza zła bliźniemu. Przeto miłość jest doskonałym wypełnieniem Prawa (Rz 13,8-10). Prawa, którego zasadami są przecież: żyć uczciwie (honestum vivere) i drugiemu nie szkodzić (alterum non laedere).

 Syn Boży stał się człowiekiem. Przeszedł dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła (Dz 10.38). Objawił tym samym Ojca. Umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. Zmartwychwstał. Nim wstąpił do nieba, obiecał Ducha Świętego. I słowa dotrzymał. A my w imię Trójcy ochrzczeni jesteśmy świadkami tego. Amen.

ks. Michał Palowski

zdjęcie: www.gosc.pl

2018-04-08 – J 20,19-31 – O mydle i miłosierdziu

Dzisiaj w śląskich kościołach powinno pachnieć wonnymi olejkami. Niedziela ta jest bowiem dedykowana dzieciom Aleppo, to zaś szacowne syryjskie miasto przez wieki słynęło z wyrobu najlepszego na świecie mydła. Ten dzień przypomina również o tym szczególnym przejawie miłosierdzia, jakim jest liturgia. W niej pod osłoną znaków, gestów, zapachów niepojęty Bóg pozwala doświadczyć się ludzkim zmysłom. A skoro o gestach mowa, aż prosi się, aby słów kilka rzec dziś o dłoniach i wieńczących je palcach, wszak postać Tomasza i mydło zobowiązują.

Ręka jest najdoskonalszym organem człowieka przy wykonywaniu prac zewnętrznych, stąd w potocznej mowie wyraża „działanie” w jego rozmaitej formie. Ręce odznaczają się szczególną zdolnością wyrazu, służącą nawiązywaniu duchowego kontaktu z bliźnimi.

Wówczas, gdy człowiek podaje rękę drugiemu, dotyka nie tylko fizycznej części jego ciała, ale poprzez nią także „całej duchowej osoby drugiego, jego miłości wierności, gotowości do poświęcenia siebie czy do przebaczania”. Ręka jest więc prawdziwym symbolem w pełnym sensie tego słowa.

Podanie prawicy od najdawniejszych czasów jest zewnętrznym znakiem zgody. Takie znaczenie miało także wytłaczanie na monetach dwóch złączonych ze sobą rąk. Połączenie prawic nowożeńców jest od dawna, a nie dopiero od czasów chrześcijańskich, istotnym znakiem węzła małżeńskiego i często pojawia się w przedstawieniach zmarłych małżonków w antycznej płaskorzeźbie sarkofagowej alb na złotych kielichach, których prawdopodobnie używano w czasie uczty weselnej.

Ludy w prastarych czasach widziały w ręce symbol tworzącej i kształtującej wszystko siły natury, mianowicie subtelnego, pełnego artyzmu formowania, które podziwiamy we wszystkich jej dziełach. Interpretacja ta odnosi się także do symboliki palców, które przede wszystkim cechuje niezwykła zręczność.

Pismo święte posługuje się obrazem rąk w wielorakim znaczeniu, celem określenia działania w ogólności, prawa rozporządzania czymś lub kimś, potęgi nieprzyjacielskiej, kierowania, nadzorowania, energii, zapału do czynu. Często gest rąk ma w Biblii znaczenie symboliczne. Wielkie cuda i sprowadzenie plag egipskich poprzedziło wyciągnięcie ręki przez Mojżesza i Aarona. Do modlitwy wyciągano obie ręce. Do przysięgi – jedną. Namaszczenie rąk należało do obrzędu święceń kapłańskich. Błogosławieństwa, przekazania Bogu własności do składanego daru ofiarnego, przeniesienia winy i przekazania urzędu dokonywało się przez gest nałożenia rąk.

Na niezliczonych miejscach świętych ksiąg, ręka, ramię, czy prawica Boża są jednak przede wszystkim antropomorfizmami oznaczającymi moc, która tworzy, pomaga, prowadzi, ochrania, ocala, zwycięża albo też karze. Niekiedy też wyobrażają one hojność Bożą, Jego miłość albo otrzymanie przez proroków objawienia, które ogarniało ich z przemożną siłą.

W przypadku Syna Bożego, który stał się człowiekiem, „ręka Boga” nie jest już antropomorfizmem, lecz rzeczywistością. Chrystus, od wieków „ręka Pańska”, którą wszystko zostało stworzone, ma teraz ręce człowieka z naszego ciała i naszej krwi, które napełnia najbardziej wzniosła rzeczywistość i moc Boża. W Nim ręka osiągnęła najwyższy stopień realnej symboliki. Ewangelia poświęca szczególną uwagę rękom Chrystusa, które kładzie na chorych i ich uzdrawia, którymi udziela błogosławieństwa, którymi ratuje tonącego Piotra, rozmnaża chleb, łamie go i rozdaje jako swoje Najświętsze Ciało wydane ze wielu; ręce, które dla zbawienia ludzkości rozciągnął na krzyżu i pozwolił sobie przebić, które ukazuje po swym zmartwychwstaniu uczniom i które po raz ostatni wznosi geście błogosławieństwa przy swoim wniebowstąpieniu.

Obecna nadal w Kościele moc Boga-Człowieka znajduje szczególny wyraz w symbolu ręki i przez ten symbol się udziela. Co więcej, ręka Kościoła jest rzeczywiście ręką Chrystusa, nie tylko w sensie przenośnym, lecz w rzeczywistym i realny, ponieważ zarówno jedność Ciała Mistycznego ze Zbawicielem, jak i jedność człowieczeństwa Pana z osobą boską jest jednością realną.

Tradycyjne gesty otrzymują w liturgii nowotestamentowej nową treść symboliczną, która nieskończenie przewyższa dotychczasową: położenie albo wyciągnięcie rąk, równające się intencjonalnemu dotknięciu z oddali, sprawia sakramentalne działanie Ducha Świętego. Te obydwa gesty należą do istoty sakramentu bierzmowania, przede wszystkim zaś do obrzędów sakramentu święceń. Przemożne wrażenie wywiera chwila, gdy konsekrator udzielający święceń kapłańskich, a po nim wszyscy obecni kapłani w milczeniu kładą obie ręce na głowie kandydatowi, który na mocy święceń ma moc otrzymać udział we władzy kapłańskiej, a potem podczas krótkiej modlitwy, trzymają nad nim wyciągniętą prawicę.

Również w obrzędach konsekracji biskupa, któremu wraz z urzędem pasterskim przypada w udziale najwyższy stopień władzy i godności kapłańskiej, a także w obrzędach ustanowienia opata i ksieni jest przewidziany ryt nałożenia rąk. Udzielanie sakramentu chrztu oraz namaszczenia chorych poprzedza ryt wyciągnięcia ręki kapłańskiej.

Gest błogosławieństwa w kształcie krzyża, który towarzyszy wszystkim liturgicznym poświęceniom, egzorcyzmom i absolucjom, zwłaszcza zaś niektórym słowom mszy świętej przedstawia w znaku to, co ręka kapłańska sprawia w mocy ofiary Chrystusa; wszystko dokonuje się „przez Niego, z Nim i w Nim” (Forstner D. Świat symboliki chrześcijańskiej).

Czy jedna z najpiękniejszych kobiet w historii świata, Audrey Hepburn używała mydła z Aleppo, pojęcia nie mam. Wiem natomiast, że wśród wielu trafnych spostrzeżeń, jakie po sobie pozostawiła jest i to dedykowane dłoniom: Pamiętaj, że kiedy potrzebujesz pomocnej dłoni – jest ona na końcu twojego ramienia. Gdy jesteś starszy, pamiętaj, że masz drugą dłoń: pierwsza jest po to, aby pomagać sobie, druga, żeby pomagać innym. Czy to nie miłosierdzie?

Tekst: ks. Michał Palowski

Zdjęcie: The Telegraph

Popiół czy diament?

Decyzję o podróży na Maltę podjąłem spontanicznie. Chwilę zajęło znalezienie połączenia i hotelu. Zwiedzając, starałem się skupić na miejscach związanych z historią Zakonu. Przekonany, że zobaczyłem już całkiem sporo, szykowałem sie do wylotu. Nader niespodziewanie odezwał się do mnie Michael, który zaproponował ostatni spacer po uliczkach Valetty. Wystarczył jeden telefon, by otwarły się przed nami podwoje klasztoru św. Urszuli, w którym przechowywana jest relikwia czaszki bł. Gerarda.

Sam klasztor został ufundowany przez Wielkiego Mistrza de Loubenx Verdalle w roku 1595. Kiedy Zakon został zmuszony do opuszczenia Malty w 1978 roku, klauzurowa wspólnota sióstr pozostała na wyspie, przechodząc wkrótce pod jurysdykcję diecezji (obecnie archidiecezji) maltańskiej. Chociaż nie przynależy już formalnie do Zakonu zachowuje nadal silny, oparty na historycznych fundamentach związek z Wielkim Mistrzem oraz Kawalerami i Damami Zakonu. Po dziś dzień siostry noszą na habitach biały, emaliowany krzyż maltański, zaś podczas składania ślubów wieczystych, noszą haftowaną stułę profesyjną właściwą kawalerom sprawiedliwości. Od 1830 roku przechowują relikwię czaszki bł. Gerarda[1].

Tak szczególna dla zakonu relikwia czaszki Założyciela, pierwotnie była przechowywana w kaplicy Pałacu Magistralnego. Następnie przeniesiono ją do kościoła konwentualnego św. Jana, skąd trafiła w ręce sióstr, które ulokowały ją w bocznym ołtarzu swojego chóru.

Dokumenty przechowywane w małym, cynkowym pudełku złożonym na poduszce, na której spoczywa relikwia czaszki stwierdzają, iż trafiła ona na Maltę z Manosque we Francji na polecenie Wielkiego Mistrza Emmanuela Pinto w 1749 roku.  Kiedy Zakon opuścił Maltę, przechowywana była w skarbcu relikwii konkatedry św. Jana. Siostry poprosiły wikariusza kapitulnego Mons. Francesco Saverio Caruana, późniejszego biskupa, by powierzoną ją ich pieczy. Ich prośba została przyjęta. Kapituła udzieliła Mons. Salvatore Susano i Mons. Salvatore Lanzon’owi prerogatyw do przeniesienia relikwii do klasztoru św. Urszuli. Mons. Lanzon wykonał zadanie o godz. 9.00 19 czerwca 1830 roku. Czaszka została przebadana. Kiedy stwierdzono zgodność jej stanu faktycznego z załączonym rękopisem, relikwiarz zamknięto i opieczętowano.

Spisane w języku francuskim dokumenty odnoszą się do każdorazowego otwarcia relikwiarza, którego dokonywano celem pobrania kolejnych relikwii w latach, kiedy czaszka znajdowała się we Francji. Miało to miejsce w latach 1656, 1669, 1681 i 1782. Na Maltę relikwia dotarła w roku 1749. Z kolei dokumenty datowane na roku 1830 wskazują, kiedy trafiła do klasztoru. 21 grudnia 2001 roku po uzyskaniu zgody arcybiskupa Josepha Mercieca’i dokonano otwarcia relikwiarza, aby relikwię umieścić w srebrnej czaszce, którą ufundował prof. dr Guglielmo de’ Giovanni Centelles, książę Precacore wraz z małżonką księżną Carlą.  Relikwiarz ten został wykonany w Rzymie przez jubilera Gerardo Sacco z Crotone. Przy okazji pobrano również fragmenty czaszki. Przekazano je do Domu Generalnego franciszkanów w Rzymie celem złożenia ich w teche (włos. szkatułka). 13 lipca 2002 roku działając w imieniu arcybiskupa kanclerz Kurii Mons. Carmelo Zammit zapieczętował relikwię w nowym, srebrnym relikwiarzu. Obecnie relikwia czaszki bł. Gerarda spoczywa na prawo od głównego ołtarza[2].

Mam nadzieję, że Czcigodny nasz Założyciel, jak i P.T. Czytelnicy nie będą mi mieli za złe, że wspomnienie Patrona czczę tekstem, który nadaje się do bardziej do bedekera niż do modlitewnika. Mam jednak świadomość, że gdyby nie światła myśl, która zakiełkowała przed wiekami w tej czaszce, nie byłoby dziś Zakonu, nie byłoby nas. Warto również wpatrując się w nią pomyśleć, co (jaka „relikwia”) tak materialnie, jak i w pamięci potomnych zostanie po nas, spadkobiercach i – daj Boże – naśladowcach bł. Gerarda.

ks. Michał Palowski

zdjęcie: www.orderofmalta-malta.org.mt/stursula/stursula_menu2vrtfrms.htm


 

[1] https://www.orderofmalta.int/2002/10/11/monastery-st-ursula-malta tłum. MP

[2] http://www.orderofmalta-malta.org.mt/stursula/stursula_menu2vrtfrms.htm tłum. MP

 

2017-10-08 – Mt 21,33-43 – O winnicy w dzierżawę oddanej

Słowo ciałem się stało. Bóg stał się człowiekiem. Przyszedł na świat w konkretnych okolicznościach miejsca i czasu. Był tych okoliczności bacznym i wnikliwym obserwatorem jak i komentatorem. Niejednokrotnie w swoim nauczaniu odwoływał się do zdarzeń, których był świadkiem. Kreślił obrazy zaczerpnięte z codzienności rybaków, pasterzy, rolników.

Właściciele galilejskich winnic często pochodzili spoza Palestyny, dlatego zostawiali winnice pod opieką dzierżawców, spodziewając się należnych sobie plonów. Przypowieść Jezusa ma bardzo czytelne przesłanie jeśli uwzględnimy znane ze Starego Testamentu analogie: właściciel winnicy – Bóg oraz winnica – naród wybrany. Bóg decyduje się poświęcić nawet życie swojego Syna, aby uratować winnicę – swój lud. Nie zrażał się oporem Izraela, lecz cierpliwie wysyłał do niego proroków. W końcu posłał także swojego syna, który jednak nie został przyjęty. Bóg odda więc swoje królestwo nowemu ludowi Bożemu, który będzie się wywiązywał z obowiązku przynoszenia duchowego plonu. Chrześcijanie odkrywając w przypowieści podstawy swojej wiary w Jezusa oraz odpowiedzialności za Kościół. Istotnym zadaniem, wszystkich chrześcijan jest nieustanne wydawanie duchowych owoców w postaci dobrych czynów, umacnianie sprawiedliwości opartej na Bożych przykazaniach, kształtowanie rzeczywistości według zasady miłości Boga i bliźniego.

Tyle biblijna klasyka, która pozwoliłem sobie zaczerpnąć z Pisma świętego przetłumaczonego i wydanego przez paulistów. Przypowieść o winnicy aż prosi się, żeby spojrzeć na nią jeszcze pod nieco innym kątem. Kluczowymi – moim zdaniem postaciami – są dziś dzierżawcy.

Kodeks Cywilny stanowi, że dzierżycielem jest ten, kto rzeczą faktycznie włada za kogo innego (art. 338). Nic bowiem nie przynieśliśmy na ten świat; nic też nie możemy [z niego] wynieść (1 Tm 6,7). Nadzy wyszliśmy z łona matki i nadzy tam wrócimy (Hi 1,20). Wszystko, co posiadamy, a raczej wydaje się nam, że posiadane jest dane nam przez Boga w dzierżawę. Naszą zaś rolą jest obracać tym zgodnie z zamysłem Posiadacza. Po pierwsze dane jest nam życie. Mamy je dobrze – nie marnując czasu i talentów – przeżyć. Po wtóre dane są nam dzieci. Rolą naszą jest dobrze je wychować, aby osiągnąwszy dorosłość swoją osobowością zasiliły nowe rodziny, które same założą lub wspólnoty, do których wstąpią. Po trzecie powierzono nam dobra materialne, których trzeba nam kierując się roztropnością używać dla zaspokojenia własnych potrzeb nie zapominając przy tym o potrzebach bliźnich. Posłanym zaś do nadzorowania, czy aby na pewno realizujemy wolę posiadacza kontrolerem jest właściwie ukształtowane sumienie.

Była klasyka. Była dygresja. Czas na pointę. Nie odkryję Ameryki stwierdzając, że działalność gospodarcza –wiążę się z ryzykiem. W przypadku dzierżawienia ponoszą je obie strony, szczególnie zaś obciążony jest ten, który swoje dobra oddaje w dzierżawę, o czym dobitnie przypomina dziś ewangelia. W przypadku niepowodzenia może ratować się w przewidziany przez prawo sposób. W biznesie, któremu na imię życie oraz w jego pochodnych miejsca na plan B nie ma. Warto o tym pamiętać.

tekst: ks. Michał Palowski

zdjęcie: www.eurasia.net

2017-09-10 – Mt 18,15-20 – O dowodzie

Powiadają, że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. I sporo w tym racji. Raz po raz łapię się na tym, że na wiele spraw patrzę przez pryzmat doświadczenia zdobytego podczas pracy w Sądzie. Odnosi się to również do ewangelii.

Kodeks Prawa Kanonicznego stanowi, że obowiązek dowodzenia spoczywa na tym, który coś twierdzi (kan. 1526). W potocznym rozumieniu dowód oznacza okoliczność lub rzecz, która przemawia za czymś lub coś uzasadnia.

Wydaje mi się, iż upomnienie braterskie, o którym słyszymy dziś w liturgii Słowa również może być rozumiane jako dowód. Po pierwsze jako dowód tego, że poważnie traktujemy Boże przesłanie, że uznajemy je za prawdę, że dajmy mu wiarę. Dając zaś wiarę słowu, dajemy również wiarę temu, od kogo ono pochodzi. Po wtóre upomnienie jest dowodem na to, że potrafimy odróżnić dobro od zła i gdy zajdzie konieczność, nazwać jedno i drugie po imieniu, pamiętając przy tym, iż zło należy potępić, zaś jego sprawcę napomnieć i sprowadzić na właściwą drogę. Po trzecie postępując wedle ewangelicznego wskazania – upominając z zachowaniem stopniowania, a więc w cztery oczy, wobec świadków, na forum Kościoła dowodzi, iż przestrzegamy prawa i wynikającego zeń porządku. Po czwarte wreszcie upomnienie braterskie jest dowodem miłości bliźniego. Czytelnym sygnałem, że zależny nam na jego dobru. Nie tylko tym doczesnym, ale i wiecznym, czyli na zbawieniu.

Przyjęte upomnienie prowadzi do nawrócenia to zaś do przywrócenie porządku. Odbudowuje zaburzoną przez zło międzyludzką wspólnotę dwóch lub trzech zgromadzonych w imię Jezusa. Warto również pamiętać, iż nikt nie może być sędzią w swojej własnej sprawie. Naszą postawę wobec upomnienia braterskiego i tego udzielonego, i tego przyjętego oceni kiedyś Pan Bóg.

tekst i zdjęcie:

ks. Michał Palowski

2017-07-16 – Mt 13,1-23 – O zupie mlecznej

Skąd się bierze mleko? Ze sklepu z owadem lub płazem w logo. Brzmi absurdalnie, ale niestety prawdziwie. Najmłodsi coraz częściej podstawowe prawa rządzące światem znają z kart podręczników (wariant optymistyczny) lub z ekranów multimediów (wariant pesymistyczny, a może po prostu prawdziwy). Aż chciałoby się zawołać, parafrazując ewangelistę: »Szczęśliwi ci, którym dane jest obcować z przyrodą, którzy wiedzą, iż mleko pochodzi od krowy«.

Jezus w swoim nauczaniu wielokrotnie odwoływał się do codzienności swoich słuchaczy – rolników, pasterzy, rybaków. Posiłkując się obrazami z dobrze znanej im rzeczywistości chciał jak najlepiej przedstawić prawdę o Królestwie. Jeśli obraz nie wystarczał, tłumaczył i wyjaśniał. Dla nas głoszących Słowo to wskazówka, aby o Bogu mówić ludzkim, zrozumiałym językiem. Dla słuchaczy zaś (a więc i dla głoszących, którzy winni być pierwszymi słuchaczami) to przypomnienie, że Boga pojmujemy przez pryzmat bardzo osobistych doświadczeń. Owa różnorodność w konsekwencji czyni Kościół pięknym i bogatym.

Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca przypomina autor Listu do Hebrajczyków (Hbr 4,12). Choć uszy nasze słyszą dziś szumiące na kartach lekcjonarza łany, a oczy wyobraźni widzą zboże w różnych fazach rozwoju serce i rozum posłuszne wskazaniom Jezusa podpowiadają, że nie o uprawę zbóż tu chodzi. Przesłaniem płynącym dziś z biblijnych czytań jest szczególna relacja między Bogiem i Jego Słowem a człowiekiem, do którego jest ono kierowane.

Wspomnieliśmy już, że Boże Słowo odbieramy przez pryzmat bardzo osobistych doświadczeń. Warto dodać, iż równie ważne dla skuteczności Jego działania w naszym życiu są okoliczności czasu i miejsca, w których Ono do nas trafia – droga, na której żeruje ptactwo; grunt skalisty, gdzie mocno operuje słońce; ciernie, które zagłuszają; ziemia żyzna, gdzie plon jest obfity. Dlatego nie można się obrażać na Pana Boga, że Jego Słowo jest pozbawione mocy. Obrazić – i tu duży cudzysłów – można się na siebie, iż nie dopełniliśmy swoich powinności, że pozwoliliśmy Złemu porwać to, co zostało zasiane w sercu; że załamaliśmy się, gdy przyszły ucisk czy prześladowanie; że troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszyły słowo, tak że stało się bezowocne. Ale to nie wszystko. Warto mieć świadomość płynącej z bycia człowiekiem przyziemności. Na naszą percepcję Bożego Słowa rzutują także pogoda (niż/wyż), stan zdrowia, zmęczenie, pora dnia. Niby nic, a jednak warto o tym pamiętać, by oszczędzić sobie niepotrzebnych nerwów.

Nasze dzisiejsze rozważanie zaczęliśmy od pytania, skąd się bierze mleko. Skończyliśmy na dywagacjach o zbożu, z którego powstają płatki. Płatki połączone (z) mlekiem stają się zdrowym śniadaniem. Wniosek wydaje się być oczywisty. Odpowiedzi na najważniejsze życiowe pytania należy szukać w Słowie. Smacznego!

tekst: ks. Michał Palowski

foto: www.tapetyczne.pl

2017-06-18 – Mt 9, 36 – 10, 8– O ludziach dobrej woli

Przywykliśmy do tego, aby scenę rozesłania apostołów odnosić do osób powołanych do służby w Kościele, w szczególności zaś do kapłanów. I istotnie tak jest. Powołanie, a następnie posłanie apostołów jest następstwem zachęty do modlitwy o tychże. Ale to nie wszystko. Jezusowy nakaz: Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie,jawi się jako ewangeliczna definicja wolontariatu. Krótko mówiąc: dobrze czyńcie, korzystając z tego, co otrzymaliście, nie oczekując przy tym niczego w zamian.

Wolontariat sam z siebie jest czymś dobrym. Wypływa ze szlachetnych pobudek. Służy dobru. Nie ma więc sensu wartościować, która z organizacji dobroczynnych jest lepsza. Potrzebujących pomocy jest wielu. Oni są i nadal będą. Obszarów i dziedzin zaangażowania wystarczy dla wszystkich chcących nieść pomoc. W kontekście treści dzisiejszych czytań mszalnych warto jednak spojrzeć na wolontariat jako na szczególną formę powołania, które z Boga bierze swój początek i ku Niemu ma prowadzić.

Skoro o wolontariacie mowa, warto w tym miejscu przypomnieć słowa Jana Pawła II z adhortacji Ecclesia in EuropaW tej perspektywie trzeba dowartościować autentyczny sens chrześcijańskiego wolontariatu, który rodząc się z wiary i będąc nią stałe ożywiany, musi stanowić połączenie umiejętności zawodowych i autentycznej miłości, pozwalającej wszystkim, którzy w nim uczestniczą, «aby postawę zwykłej filantropii wynosili na wyżyny miłości Chrystusa; aby każdego dnia, mimo trudów i zmęczenia, odnawiali w sobie świadomość godności każdego człowieka; aby starali się odkrywać potrzeby ludzi i wytyczać — jeśli to konieczne — nowe drogi tam, gdzie potrzeby są pilniejsze, zaś słabsi wymagają większej uwagi i pomocy (85).

Wniosek wydaje się być aż nadto czytelny – chrześcijański wolontariat ma swoje źródło w wierze, a zatem obsequium pauperum – »uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy oraz darmo otrzymaliście, darmo dawajcie« rodzi się z tuitio fidei – »proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo oraz idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie«.

Zatem pierwszym obszarem zaangażowania wolontariusza, w szczególności tego działającego pod znakiem krzyża maltańskiego winna być przestrzeń relacji z Bogiem, której granice wyznaczają Słowo Boże, codzienna modlitwa i sakramenty – eucharystia co niedzielę i spowiedź co miesiąc. Dobrze wiedzieli o tym nasi przodkowie, którzy tworząc Regułę zdecydowali, by oprzeć ją na benedyktyńskiej – ora et labora, gdzie modlitwa uświęca pracę i gdzie praca jest modlitwą. Inaczej nie ma sensu poświęcać się pracy i oddawać się u jej kresu zabawie, jeśli braknie fundamentu maltańskiej triady, czyli Boga.

tekst ks. Michał Palowski

zdjęcie: Elżbieta Świerad

2017-05-28 – Mt 28,16-20 – Na Wniebowstąpienie

Pan Jezus wstąpił do nieba. Bóg po raz kolejny dotrzymał słowa. Wcześniej tak, jak obiecał stał się człowiekiem, umarł i zmartwychwstał. Na daremno spodziewać się w tym miejscu napisów końcowych. Po pierwsze dlatego, że Bóg jeszcze raz musi dotrzymać słowa. Wszak obiecał, że ponownie przyjdzie. Po wtóre zaś, dlatego że i my mamy w tej historii swój udział. Ale po kolei.

Za terminem wniebowstąpienie kryje się cel, czyli niebo oraz działanie mające doń doprowadzić, czyli wstępowanie.

Twoja mowa Cię zdradza (Mt 26,73). Czasami czuję się jak św. Piotr. Kiedy wychodzi na jaw, że pracuję w Sądzie, często pojawiają się pytania dotyczące procesów o nieważność małżeństwa. Nie ukrywam, że miłym zaskoczeniem było pytanie, które usłyszałem ostatnio. Chodziło o kota. O to, czy będzie w niebie.

Niebo to – podaję za księdzem Wincentym Granatem – to szczęśliwy, wiekuisty i społeczny udział istot rozumnych, a więc aniołów i ludzi w wewnętrznym życiu trzech Osób Bożych. Kot, choć stworzenie Boże, sam z siebie do nieba nie trafi. Jeśli natomiast od kociej obecności ma zależeć wieczne szczęście jego pani, to niewykluczone, że i o kota Pan Bóg się postara.

Pismo Święte nieba wprost nie definiuje. Nie zamyka w sztywne ramy. Kiedy o nim mówi, odwołuje się do nader przyjemnych dla oka i ucha obrazów – uczty, procesji, śpiewu, światła, miasta świętego, wody życia. Te wszystkie wyobrażenia są jedynie pomocnicze i na ogół symboliczne. Do mnie najbardziej przemawia obraz, który ładnych parę lat temu stworzyli dwaj śląscy kapłani – dogmatyk pospołu z biblistą. Wedle ich ujęcia niebo będzie salonem, w którym zasiada się na wygodnych, wiklinowych fotelach, gdzie serwuje się aromatyczną kawę i słucha Dire Straits. Osobiście dorzuciłbym jeszcze dobrą książkę. Bo skoro ta pani może mieć kota, dlaczego ja nie miałbym mieć książek. Tyle w odniesieniu do nieba.

Słownik języka polskiego podpowiada, iż wstąpić opcjonalnie wstępować można do jakiejś społeczności czy organizacji, można wstąpić w szeregi uczniów szkoły, w nas mogą wstępować wszelakie uczucia, wstępując, dostać się można do wnętrza czegoś czy też wejść na krótko, wreszcie stawiając kroki, dostać się na miejsce wyżej położone. Szczególnie mocno w kontekście dzisiejszej uroczystości wydają się brzmieć dwa ostatnie znaczenia.

Wniebowstąpienie Jezusa przypomina, że tu, na ziemi, jesteśmy tylko przejściowo, tylko na chwilę, że naszym ostatecznym celem jest niebo z zastrzeżeniem – i tu kłania się drugie ze znaczeń – że chcemy wstąpić tam nie na chwilę, lecz na wieczność, na zawsze. Droga od nieba zaczyna się na ziemi. Zbawienia nie osiąga się przez prostą deklarację, ale przez wejście we wspólnotę uczniów, co oznacza osobiste i całkowite przylgnięcie do Chrystusa, o czym przypomina dziś święty Mateusz. W praktyce chodzi o to, by podobnie jak Jezus z Nazaretu – wszak i nas w chrzcie i bierzmowaniu Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą – przejść przez ziemię dobrze czyniąc (por. Dz 10,38). Do tego sprowadza się nakaz: „Idźcie i głoście”. To nasz udział w tej historii, która się jeszcze dla nas nie skończyła.

Tekst i zdjęcie: ks. Michał Palowski

2017-04-19 – Zmartwychwstanie

I rzekł Zasiadający na tronie: Oto czynię wszystko nowe (Ap 21,5). Jest Prawdą. Jak powiedział, tak zrobił. Owej nowości przez ostatnie dni doświadczaliśmy szczególnie intensywnie. Na początek, w Wielki Czwartek Jezus nakarmił nas nowym, innym od powszedniego chlebem. I dał nam nowe przykazanie abyśmy się wzajemnie miłowali tak, jak On nas umiłował (J 13,34). Mrok minionej nocy rozjaśnił blask nowego ognia, zaś nowa woda odrodziła katechumenów do nowego życia. My zaś staliśmy sie nowym ciastem, bo przecież przaśni jesteśmy (…) odprawiamy więc święto nasze, nie przy użyciu starego kwasu złości i przewrotności, lecz na przaśnym chlebie czystości i prawdy (1 Kor 5-7a-8). Nowy wreszcie, a raczej odnowiony jest również bezpośredni – wcześniejszy niż Maria Magdalena, Jan i Piotr – świadek zmartwychwstania Grób Pański w Jerozolimie. Prace, które trwały dziesięć miesięcy zjednoczyły trzy główne wyznania sprawujące pieczę nad świątynią wzniesioną nad grobem Pana Jezusa: Kościoły greckoprawosławny, ormiański i katolicki. W ramach remontu kaplica Grobu Pańskiego została rozebrana i następnie zrekonstruowana. Zabrudzone – zwłaszcza dymem palony świec – części zostały oczyszczone. Zniszczone – zastąpiono nowymi.

Właśnie tam, wokół pustego grobu gromadzą się bohaterowie dzisiejszej ewangelii: Maria Magdalena, uczeń, którego Jezus kochał, czyli Jan oraz Szymon Piotr. Widzą odsunięty kamień, pustą ławę w jego wnętrzu, leżące na niej płótna i chustę. Odnosząc te dowody do zapowiedzi proroków oraz słów samego Jezusa, każdy z nich tego poranka bardzo mocno, osobiście doświadcza prawy o zmartwychwstaniu. Wiarą, która się w nich rodzi wzajemnie się ubogacają. Wiara jednostki buduje wiarę wspólnoty. Wiara wspólnoty umacnia wiarę jednostki.

Nowość, której doświadczaliśmy w ciągu minionych dni, jak również zakończone dopiero co prace konserwatorskie w kaplicy Bożego Grobu przywodzą na myśl ideał nowego człowieka w Chrystusie, czyli dojrzałego chrześcijanina, a wraz z nim apostoła i piewcę jego piękna, pochodzącego ze Śląska, założyciela ruchu Światło-Życie, Sługę Bożego ks. Franciszka Blachnickiego, którego trzydziestolecie śmierci w tym roku przypada. Stary człowiek to człowiek oddzielony od Boga, żyjący w grzechu, niezdolny do wchodzenia w relacje, rozbity wewnętrznie, zamknięty w swych egoistycznych celach. Nowy człowiek jest świadomy swojej godności jako osoby, swoje życie podporządkowuje Bogu, czyni z siebie bezinteresowny dar, tzn. dzieli się swoim czasem, zdolnościami z innymi ludźmi. Wychowanie nowego człowieka polega na rozwijaniu i doskonaleniu w sobie miłości agape – czyli bezinteresownej miłości. W jego życiu zachodzi jedność pomiędzy prawdami uznawanymi za słuszne, a tymi, według których postępuje. To człowiek prawdziwie wolny. Wzorami nowego człowieka są Jezus i Maryja (www.oaza.pl).

Paschalna nowość jest nam jako ludziom pisana. Zapoczątkował ją chrzest. Umacnia w niej Eucharystia. Wielkanoc rok w rok wciąż od nowa – nomen omen – o tym nam przypomina. Odnawiając siebie, odnawiać mamy Kościół, a wraz z nim oblicze ziemi. Przechodząc przez nią – dobrze czynić innym, wszak centrum programu jest przykazanie miłości. Nowe przykazanie.

 tekst: ks. Michał Palowski

zdjęcie: www.jerusalem.com

2017-04-13 – Wielki Czwartek – Kiss and fly

 

Potrzeba matką wynalazków, dlatego najpierw na lotniskach, a z biegiem czasu na wszystkich innych dworcach pojawiły się stanowiska opatrzone hasłem: Kiss and fly (Pocałuj i leć) lub Kiss and ride (Pocałuj i jedź) dedykowane i tym, którzy nie lubią pożegnań i tym, którym się spieszy. Ot, szybki buziak i w drogę.

Biblijne znaczenie wyrazów pocałunekcałować można podzielić na trzy grupy. Pierwsza dotyczy uczuć romantycznych. W drugiej grupie – i ta jest najliczniejsza – pocałunek jest znakiem powitania (Józef całuje swych braci, Aaron – Mojżesza, miłosierny ojciec – marnotrawnego syna. Kilka nowotestamentowych listów kończy się poleceniem, by pozdrowić się wzajemnie świętym pocałunkiem lub pocałunkiem miłości. Pocałunek może też być częścią rytuału (namaszczenie Saula na króla przez Samuela, namaszczenie stóp Jezusa przez nawróconą jawnogrzesznicę). W grupie trzeciej pocałunek oznacza przewrotność i zdradę (Jakub całuje Izaaka świadomie popełniając przy tym oszustwo, a Joab całując Amosa, zabija go, Judasz zdradza Jezusa pocałunkiem). Z kart Biblii pocałunek trafił do liturgii. Dawniej, jako znak miłości i braterstwa poprzedzał przyjęcie komunii świętej, która wyraża jedność wierzących z Bogiem i miedzy sobą. Obecnie w zależności od miejsca zastąpiono go skinięciem głowy lub podaniem ręki. Zachował się natomiast jako sposób okazywania czci ołtarzowi. Po przybyciu do prezbiterium, jak i na zakończenie celebracji kapłan i diakon całują ołtarz, który stanowi symbol samego Chrystusa, składającego ofiarę swego Ciała i Krwi wraz z całym Kościołem. Przypomina o tym obrzęd konsekracji, kiedy na jego płycie i czterech rogach wylewa się konsekrowany w Wielki Czwartek (sic!) olej krzyżma, którym następnie namaszcza się całą powierzchnię. Wszak Chrystus – Mesjasz to przecież Namaszczony. Ojciec namaścił Go Duchem Świętym i ustanowił Najwyższym Kapłanem, aby na ołtarzu swego Ciała złożył w ofierze swoje życie za zbawienie wszystkich. Następnie na ołtarzu spala się kadzidło, aby ukazać, że Ofiara Chrystusa, która w tym misterium wciąż jest obecna, wznosi się do Boga jak miła woń. Ma to również wyrazić myśl, że modlitwy wiernych, pełne błagań i wdzięczności, docierają do tronu Boga. Nakrycie ołtarza wskazuje, że ołtarz chrześcijański jest miejscem Ofiary eucharystycznej oraz stołem Pańskim. Dokoła niego stoją kapłani i wierni, i przez tę samą czynność, choć spełniają różne funkcje, sprawują pamiątkę śmierci i zmartwychwstania Chrystusa oraz spożywają Wieczerzę Pańską. Dlatego ołtarz jako stół uczty ofiarnej odpowiednio się przygotowuje i uroczyście przyozdabia. Oznacza to wyraźnie, że ołtarz jest stołem Pana, do którego wszyscy wierni przychodzą z radością, by posilić się Bożym pokarmem, czyli Ciałem i Krwią ofiarowanego Chrystusa. Wreszcie oświetlenie ołtarza świecami przypomina, że Chrystus jest Światłem na oświecenie pogan, którego blaskiem jaśnieje Kościół, a dzięki niemu cała rodzina ludzka. Kamienna płyta ołtarzowa (mensa) wyobraża skałę Golgoty, na której ukrzyżowano Jezusa. Baldachim w formie daszku, jaki z czasem pojawił się nad nią – Grób Pański w Jerozolimie. Wreszcie w płycie ołtarza umieszcza się relikwie świętych, najczęściej męczenników, których ofiara życia łączy się z ofiarą Chrystusa.

Błogosławiony jesteś Boże, Ty przyjąłeś ofiarę, którą Chrystus złożył na ołtarzu krzyża, aby zbawić ludzkość. Ty z ojcowską miłością gromadzisz swój lud, przy stole Pańskim, aby sprawował pamiątkę tej ofiary. Wejrzyj więc Panie, na ten ołtarz przygotowany do sprawowania Twoich misteriów. Niech on będzie miejscem uwielbienia i dziękczynienia, ołtarzem, przy którym spełniać będziemy święte obrzędy ofiary Chrystusa, stołem, na którym będziemy łamali Chleb życia i pili z kielicha, który nas jednoczy, niech będzie źródłem, z którego tryska woda dająca zbawienie. Spraw, abyśmy przystępując do Chrystusa, który jest żywym kamieniem, wzrastali jako święty przybytek, a na ołtarzu naszych serc składali miłą Tobie ofiarę świętego życia, ku Twojej chwale.

Logika podpowiada, że odmawianą przez biskupa modlitwę poświęcenia ołtarza słyszymy we własnym kościele raz w życiu, jeśli mamy szczęście być przy nim obecni lub nie słyszymy jej wcale. Pozwoliłem sobie zacytować ją nie tylko po to, by przypomnieć, czym jest ołtarz i jaką spełnia rolę w liturgii, ale również podkreślić, iż wskazuje ona nam cel drogi, którą przemierzamy każdego dnia, święte życie ku Bożej chwale, aż do nieba. Kiss and fly(Pocałuj i leć) wieszczą tabliczki na lotniskach. Dzisiejsza liturgia jest okazją, by podziękować Bogu za to, że możemy wzlatywać ku wyżynom i że w tej drodze przyjmując z ołtarza Najświętsze Ciało i Krew Bożego Syna, otrzymujemy obfite błogosławieństwo i łaskę. Wdzięczność zaś można wyrazić na wiele sposobów. Dziś ucałowaniem ołtarza.

tekst: ks. Michał Palowski

ilustracja: www.motocaina.pl

2017-03-26 – J 9, 1. 6-9. 13-17.34-38– Laetare

 

Wszystko ma swój początek. Liturgia Słowa kieruje dziś nasze umysły i serca ku nim właśnie: Wziął więc Samuel róg z oliwą i namaścił go pośrodku jego braci. Idź, obmyj się w sadzawce Siloam – co się tłumaczy: Posłany. Obmycie (wodą) i namaszczenie (olejem krzyżma), symbolizują chrzest, który jest nie tylko przyczyną naszej tu obecności, ale i źródłem, z którego bierze swój początek nasza radość. I ta ponadczasowa: Pan mym pasterzem, dlatego nie brak mi niczego. Jak i ta bieżąca: Wszak to już czwarta niedziela Wielkiego Postu. Niedziela radości. Pascha coraz bliżej.

W tradycji rzymskiej jest to „niedziela róż”, ponieważ w tym dniu mieszkańcy Wiecznego Miasta obdarowywali się pierwszymi kwiatami zakwitających róż, zaś ojciec św. poświęcał złotą różę, którą ofiarowywał osobie zasłużonej dla Kościoła. Skoro o Rzymianach mowa. Łacińska sentencja powiada, że o gustach (i kolorach) dyskutować nie należy. I słusznie. Róże nie każdy lubi. W różowym nie wszystkim do twarzy. Do wszystkich natomiast i każdego z osobna adresowana jest radość, jak i jej szczególna forma – ewangelia, czyli dobra, radosna nowina.

Skoro o ewangelii mowa, w dzisiejszym janowym passusie aż roi się od odniesień do chrztu. Szczególnie mocno brzmią zdania: Idź, obmyj się w sadzawce (…) On więc odszedł, obmył się i wrócił, widząc. Polecenie: Idź przywodzi na myśl uwolnienie z więzów grzechu pierworodnego. Obmyj się w sadzawce – obmycie/oczyszczenie z tegoż. Wrócił, widząc wskazuje na oświecenie/na poznanie. Cudowne uzdrowienie niewidomego budzi zdziwienie naocznych świadków. W ich sercach rodzą się wątpliwości: Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze?Tak, to jest tenNie, jest tylko do tamtego podobny. Uzdrowiony od wątpliwości jest wolny: To ja jestem. Nie inaczej jest w życiu. Ochrzczony, gdy nachodzą go wątpliwości może czuć się bezpiecznie pokładając swoją ufność w wierze w Syna Człowieczego, który przed nim stoi i do niego mówi.

Siloam – tłumaczy się: Posłany. Jezus został posłany, by nam, ludziom przynieść ewangelię, radosną, dobrą nowinę. Chrzest przypomina, że nie wolno nam zatrzymywać jej tylko dla siebie. Również i my jesteśmy posłani. Idźcie i głoście. Hasło, które jako następstwo jubileuszu Chrztu Polski, jak i konsekwencja naszego własnego chrztu, przyświeca Kościołowi w tym roku padało już w tym miejscu z wielu ust. I z pewnością jeszcze nie raz padnie. Jednak nie sztuką jest głosić, że oto przyjąwszy chrzest, należy iść i głosić ewangelię, czyli radosną nowinę, ale sztuka zrobić to naprawdę. Zrobić to naprawdę i z radością, do której wzywa nas dzisiejsza niedziela. Z radością płynącą, po pierwsze z przekonania, że Bóg nas kocha i chce naszego dobra, po wtóre zaś – z potrzeby autentyczności, świadectwa, że nowina, której daliśmy wiarę naprawdę jest dobra i radosna. No bo kto uwierzy smutnemu?

Tekst i zdjęcie: ks. Michał Palowski

2016-11-13 – Łk 21,5-19 – O końcach świata

Nie tak dawno przyszło mi podwozić jednego ze znajomych, który mieszka w pewnej odległości od ścisłego centrum. Choć byłem u niego nie raz pro forma, zapytał, czy wiem, jak dojechać na to jego… Tu padło określenie lokalizacji i nie był to bynajmniej zapiecek ani zakątek. Powiedziałam, że wiem. I tak po chwili dotarliśmy na rzeczony koniec świata. Muszę przyznać, że miejsce istotnie jest bardzo urokliwe. Mnóstwo zieleni. Domów niewiele. Do cywilizacji nieznaczny, ale jednak kawałek. I tak po kantowsku: niebo gwiaździste nad nami i prawo moralne w nas. Ów idylliczny obrazek przyszedł mi na myśl, kiedy zobaczyłem dzisiejsze czytania mówiące o końcu świata właśnie. Może ów dzień nie będzie aż tak straszny, jak nam się wydaje? Może jednak będzie pięknie jak na owym geograficznym końcu świata, o którym wcześniej?

Co prawda odnośnie do końca świata wciąż więcej nie wiemy niż wiemy, ale owa wiedza mimo wszystko napawa optymizmem. Wszak eschatologia to nie tylko teologia śmierci i przemijania, to również teologia nadziei. A propos teologii. Wraz z końcem świata skończą się wszelkie akademickie dociekania. Nie będą już więcej potrzebne. Każdy z nas przekona się, jak jest naprawdę spotykając się z Jezusem twarzą w twarz. Ponadto wraz z końcem świata przestaną istnieć granice wyznaczone przez czas i miejsce. Skończy się doczesność, a zacznie się wieczność. Dzień zrówna się z nocą, a niebo z ziemią. Przestanie mieć również znaczenie nasza cielesność i przypisane jej ograniczenia, w tym nieznośna cierpliwość.

Co do Sądu warto również pamiętać, iż sądzić nas będzie Sędzia sprawiedliwy, który jak wierzymy za dobro wynagradza, a za zło karze. Sprawiedliwy, czyli taki, który nie ma nic wspólnego z odwetem czy ślepą zemstą, ale oddaje każdemu to, co mu się słusznie należy. Każdemu według zasług. Co do joty. W myśl Pawłowej zasady, która stanowi, że co człowiek sieje, to i żąć będzie (Ga 6,5) oraz że kto sieje wiatr, zbiera burze.

Jedyne, co – na szczęście dla nas w tym przewidywalnie nieprzewidywalne – to Boże miłosierdzie, które jak wiadomo jest bez miary, co nie znaczy, że nie trzeba się starać. Z niczego nie ma przecież nic. Wiedział o tym doskonale św. Paweł i swoją wiedzą podzielił się z Tesaloniczanami, a dzięki nim i z nami. Zabieganie wedle Bożych reguł o chleb doczesny poprzez pracę własnych rąk przekłada się na profit w postaci chleba niebiańskiego. Wszak po to praca jest – jak pisał Norwid – by się zmartwychwstało.

tekst i zdjęcie: ks. Michał Palowski

2016-11-01 – Mt,1-1-12a – Wokół świętości

Z pamięcią u mnie jeszcze nie najgorzej, niemniej wolałem się upewnić. Zasoby twardego dysku nie pozostawiają wątpliwości. W pierwszej parafii homilię na Wszystkich Świętych głosiłem co roku cztery lata z rzędu. W drugiej parafii temat mnie ominął. W nowobojszowskich realiach z zapisanymi przez Mateusza błogosławieństwami przychodzi mi się mierzyć po raz trzeci. Nie ukrywam, że pierwotnie korciło mnie – i to bardzo – aby przeanalizować dotychczasowe wystąpienia i zobaczyć ewolucję własnych poglądów odnośnie do świętości. Po namyśle stwierdziłem, że nie czas i miejsce na autoanamnezę. Poza tym są od tego inni. W zamian postanowiłem podzielić się kilkoma skojarzeniami, jakie zrodziły się w związku z siedmioletnim/siedmiokrotnym obcowaniem z wszystkimi świętymi i Wszystkimi Świętymi.

Pierwsze, co przychodzi na myśl to, że o świętości nie siedem, a siedemdziesiąt siedem razy. Świętość to spawa, o której nigdy za wiele, nigdy dosyć. To rzeczywistość, która wciąż od nowa prosi, by ją odkryć i próbować zrozumieć. Niewykluczone zatem, że rok, dwa lub trzy znowu przyjdzie nam wspólnie na tym fragmentem ewangelii się pochylić.

Po wtóre, to nie ubrana w gładkie słowa akademicka teoria, ale to proza życia pisana przez zwykłych ludzi, takich z krwi i kości, wśród których były i szlachetnie urodzone koronowane głowy płci obojga i przynajmniej jeden „zawodowy” żebrak. To historia pisana krwią, potem i łzami. Znaczona upadkami i podnoszeniem się z nich. Tocząca się gładkimi drogami i po wyboistych ścieżkach. Rejestr codziennych decyzji i wyborów, które w sytuacji ekstremalnej stały się heroicznymi.

Po trzecie, świętość nie jest czymś ekskluzywnym, zarezerwowanym jedynie dla wąskiego grona wybranych. Wręcz przeciwnie jest zadaniem/zaproszeniem adresowanym do wszystkich bez wyjątku.

Po czwarte, nie jest zjawiskiem zamkniętym w ścisłych granicach czasu i miejsca, co miało swój początek i koniec, ale czymś, co dzieje tu i teraz, również na naszych oczach. Każdy z nas potrafi podać – w zależności od daty urodzenia – kilku, a nawet kilkunastu świętych, z którymi mniej lub bardziej osobiście dane było mu się zetknąć.

Po piąte, choć o świętości nigdy za wiele, to jednak ważniejsze niż słowa jej poświęcone są czyny o niej świadczące. Ważniejsza jest świętość. Twoja. Moja. Nasza.

Po szóste wreszcie – last but not least – Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz (Kpł 19,2).

tekst i zdjęcie: ks. Michał Palowski

2016-10-09 – Łk 17, 11-19 O cudzie słowo. O cudzie słowa.

 

Wiara czyni cuda, ale czy się uda. Uda się. Jeśli uwierzysz. Błędne koło? Niekoniecznie. Raczej układ sprzężenia zwrotnego, gdzie jedno staje się przyczyną drugiego. I odwrotnie.

Cud – odwołując się do biblistów – to specjalne działanie Boga podejmowane ze względu na dobro człowieka. Ma charakter niezwykłego zjawiska, przez które Bóg objawia siebie, swoją moc i miłość oraz daje ludziom konkretny znak. Cuda dokonywane przez Jezusa miały na celu potwierdzenie Jego jedności z Ojcem, uwierzytelniały Jego posłannictwo jako Chrystusa, symbolizowały tryumf nad szatanem oraz umacniały wiarę. Właściwy sens cudów i zawarte w nich objawienie można zrozumieć i odczytać tylko w świetle wiary. Cuda czynione przez Jezusa i Jego uczniów są wyraźnymi znakami potwierdzającymi nadejście królestwa Bożego.

Jezus czynił cuda, by poprzeć nimi prawdziwość swoich słów, by wzbudzić bądź umocnić wiarę swoich słuchaczy. Dziś cud jest następstwem wiary tego, który o cud prosi. Rzecz zatem można, iż przyczyną cudu jest słowo. Słowo ma moc czynić cuda, o czym wiedzą poeci. Wśród nich śląski mistrz Joseph von Eichendorff.

W rzeczach wszystkich pieśń uśpiona

Śni o śpiewie w ciszy snów.

Świat czarowną pieśń wykona,

Gdy go zbudzisz magią snów

Wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa (Rz 10,17). Jest odpowiedzią daną czynem na usłyszane Słowo. Reakcją na cud, który się dokonał. Jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy. Dzięki niej to przodkowie otrzymali świadectwo. Przez wiarę poznajemy, że słowem Boga światy zostały tak stworzone, iż to, co widzimy, powstało nie z rzeczy widzialnychDla tego, kto wierzy wszystko jest możliwe (Mk 9,3) Nawet chodzenie po wodzie.

Cud choć jest zjawiskiem poznawalnym zmysłami – ze względu na swojego Autora – wykracza poza porządek natury. Przekracza jej granice. Podobnie ma się rzecz z wiarą. Nie imają jej się granice państw i polityki, wieku i płci, wykształcenia i stopnia zamożności. Dzisiejsza historia odnotowana przez świętego Łukasza przypomina, że również wdzięczność jest – czy też winna być – ponad podziałami. Powinna również być czymś naturalnym i powszechnym, a nie cudownym i zjawiskowym. Ale to już całkiem inna historia.

tekst i zdjęcie: ks. Michał Palowski

2016-09-11 – Łk 15, 1-10 – O przebaczeniu

Dzisiejsza Liturgia Słowa nie pozostawia zbyt wielkiego wyboru. I autor Księgi Wyjścia, i św. Paweł w Pierwszym Liście do Tymoteusza, i św. Łukasz w swojej ewangelii – jakby się zmówili – sugerują, że rzecz ma być o przebaczeniu. O przebaczeniu, czyli o czym?

Przebaczenie – według Słownika Języka Polskiego PWN (wersja on-line) to rzeczownikowa forma czasownika przebaczyć — przebaczać, czyli darować komuś jakąś winę. Z kolei według Słownika wiedzy biblijnej znaczenie kilku hebrajskich greckich słów, tłumaczonych jako „przebaczenie” (przebaczyć) mieści się w dwóch ogólniejszych i zachodzących na siebie zakresach znaczeniowych. Pierwszy odnosi się do spraw finansowych, do anulowania zobowiązań płatniczych dłużnika wobec wierzyciela. Drugi ma o wiele częstsze zastosowanie i dotyczy przywrócenia stosunków między osobami, które zostały zerwane z powodu jakiegoś złego czynu. Oba zakresy znaczeniowe odnoszą się do łaskawego przebaczenia przez Boga karygodnych czynów, których dopuszczają się ludzie. Autorzy biblijni używają różnych metafor wyrażających przebaczenie grzechów, jak: obmycie, oczyszczenie, wymazanie, odwrócenie oblicza, albo jeszcze bardziej obrazowych „poza siebie rzuciłeś wszystkie moje grzechy” czy też „wrzuci w głębokości morskie wszystkie nasze grzechy”. Takie obrazowe sformułowania mają podkreślić pełnię przebaczenia Bożego, które ma być wzorem dla ludzi.

Nie tylko autorzy biblijni lubowali się w synonimach. Również polszczyzna nie ma się czego wstydzić w tej materii. W zasobach dostępnych w sieci słowników synonimów jako alternatywę dla przebaczyć/przebaczać znaleźć można: odpuścić, zapomnieć, rozgrzeszyć, puścić coś w niepamięć, puścić coś komuś płazem, zapomnieć urazy, przywrócić kogoś do łask. Intuicja zaś podpowiada, iż w przebaczaniu chodzi o to, by na zło, które miało miejsce nie baczyć, baczenia nie mieć.

Dzisiejsza Liturgia Słowa nie pozostawia zbyt wielkiego wyboru. I autor Księgi Wyjścia, i św. Paweł w Pierwszym Liście do Tymoteusza, i św. Łukasz w swojej ewangelii – jakby się zmówili – sugerują, że rzecz ma być o przebaczeniu. O przebaczeniu, czyli o tym by na zło, które miało miejsce nie baczyć, baczenia nie mieć. Czy aby na pewno?

Po części tak. Jednak warto mieć na względzie, że równie ważne, jeśli nie ważniejsze jak niebaczenie na zło, jest baczenie na dobro, które ma miejsce, gdy dochodzi do przebaczenia i którego jakże mocno doświadcza i ten, któremu się przebacza i które w równym, jeśli nie większym stopniu dotyka tego, który przebacza, który przebaczając pozornie traci, tracąc zaś zyskuje. Zyskuje i Boże błogosławieństwo (Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią – Mt 5,7), i ludzką wdzięczność

tekst i zdjęcie: ks. Michał Palowski

2016-07-24 – Łk 11, 1-13 – O modlitwie

Dzisiejsza liturgia Słowa nie pozostawia złudzeń. Rzecz ma być o modlitwie. I w tym właśnie miejscu kończy się wszelka oczywistość, a zaczynają schody. Niezwykle bowiem trudno zdefiniować rzeczywistość, której chcemy poświęcić chwil kilka i odrobinę uwagi. Trzymając się wytycznych z pierwszego czytania, z Księgi Rodzaju rodem rzecz by należało, że modlitwa to dialog człowieka z Bogiem, w którym człowiek przejmując inicjatywę, zdolny jest posunąć się do granic swoich przyrodzonych możliwości, by uzyskać to, na czym mu zależy. Idąc zaś tropem wytyczonym przez św. Łukasza na kartach jego ewangelii modlitwa odkrywamy, że jawi się jako formuła słowna, którą człowiek przejął od Boga i gdy brak mu własnych słów lub gdy te uważa za zbyt mało doskonałe nią się posiłkuje. Czasem robi to łagodnie i z wyczuciem. Czasem – nachalnie i z determinacją jak ów kołaczący w środku nocy do drzwi przyjaciel.

Uciekając się do wskazań Katechizmu Kościoła Katolickiego przypomnieć, że modlitwa po pierwsze jest darem Boga, zaś pokora jest dyspozycją do darmowego przyjęcia daru modlitwy. Po wtóre – przymierzem. Związkiem przymierza między Bogiem i człowiekiem w Chrystusie. Jest działaniem Boga i człowieka; wypływa z Ducha Świętego i z nas, jest skierowana całkowicie ku Ojcu, w zjednoczeniu z ludzką wolą Syna Bożego, który stał się człowiekiem. Po trzecie zaś – komunią. Żywym związkiem dzieci Bożych z ich nieskończenie dobrym Ojcem, z Jego Synem Jezusem Chrystusem i z Duchem Świętym. Życie modlitwy polega zatem na stałym trwaniu w obecności trzykroć świętego Boga i w komunii z Nim. Modlitwa jest o tyle chrześcijańska, o ile jest komunią z Chrystusem i rozszerza się w Kościele, który jest Jego Ciałem.

Wracając pamięcią do lat studiów przyznać muszę, iż największy z pogromów jako rocznik odnotowaliśmy nie na egzaminach z prawa kanonicznego czy logiki, ale na zaliczeniu z teologii duchowości, którego przedmiotem była czwarta część Katechizmu dedykowana właśnie modlitwie. Jaki był zamysł autora drobiazgowych pytań pojęcia do dziś nie wiem. Wiem za to, że w życiu nie chodzi o to, by znać na pamięć definicje modlitwy czy też cytować złote myśli klasyków gatunku. Chodzi o to, by się modlić.

Piotr Szczepanik, a po nim Kasia Nosowska śpiewali, iż łatwo jest powiedzieć kochać. Równie łatwo powiedzieć, iż należy się modlić. Problem pojawia się, kiedy przychodzi przejść od słów do czynów. Rzecz ma się podobnie jak z definicją modlitwy. Ile modlących się tyle recept, na modlitwę. Każdy z nas ma swoje własne, sprawdzone modlitwy i przykładami sypać może jak z r

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Związek Polskich Kawalerów Maltańskich (ZPKM)

al. Kasztanowa 4a; 30-227 Kraków